Zmiana zasad dzierżawienia gruntów może prowadzić do likwidacji wielkoobszarowych gospodarstw, dających dziś pracę dziesiątkom tysięcy osób. Eksperci mówią o poważnych konsekwencjach społecznych, porównywalnych z likwidacją państwowych gospodarstw rolnych na początku lat 90. XX wieku.

Tylko w latach 2023–2024 duże przedsiębiorstwa rolne mają zwrócić do Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa 74,5 tys. ha gruntów. Do 2033 r. gospodarstwa, które powstawały głównie na terenach popegeerowskich i dały pracę ludziom pozostawionym samym sobie po likwidacji PGR-ów, mają się pozbyć prawie 192 tys. ha. Oznacza to poważne zmiany na rolniczej mapie Polski i – w ocenie wielu ekspertów – uruchomienie niekorzystnych procesów społecznych. Szacuje się, że z rynku zniknie znaczna część gospodarstw wielkotowarowych, a segment największych przedsiębiorstw rolnych zmniejszy się przynajmniej o ok. 15 proc. Państwo zamierza przekazać odzyskaną ziemię rolnikom indywidualnym.

Regulacje z 2011 r. o gospodarowaniu nieruchomościami rolnymi Skarbu Państwa nakazywały przedsiębiorstwom rolnym gospodarującym na gruntach dzierżawionych od państwa wyłączenie 30 proc. powierzchni użytków, czyli w praktyce ich zwrot do Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa. Te, które tego nie zrobiły, utraciły prawo pierwszeństwa do nabycia ziemi po cenie ustalonej zgodnie z ustawą, ale także do przedłużenia dzierżawy w trybie bezprzetargowym. Oznacza to de facto niemożność prowadzenia dalszej działalności na dzierżawionych gruntach po wygaśnięciu umowy. Przepisy dotyczyły w sumie 409 podmiotów. Jak wynika z danych Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa, propozycję wyłączenia 30 proc. dzierżawionych gruntów odrzuciło ponad 150 spółek rolniczych. W efekcie ich umowy dzierżawy będą wygasały sukcesywnie do 2033 r.

– Ci, którzy nie wyłączyli tych 30 proc., doskonale wiedzieli, jakie będą tego konsekwencje. Reguły dzierżawy są przejrzyste, dzierżawca to nie właściciel – podpisuje umowę na określonych warunkach i czas oznaczony. Ma świadomość, przez ile lat będzie gospodarował na danym areale – komentuje Jan Krzysztof Ardanowski, minister rolnictwa i rozwoju wsi.

Likwidowanie najlepszych polskich gospodarstw i miejsc pracy to jest zaprzepaszczanie szansy na rozwój wsi i obszarów wiejskich

Przedstawiciele spółek rolnych nie kryją, że nie oddając gruntów, liczyli na porozumienie się w tej sprawie z rządem. Ich długofalowe biznesplany, obejmujące nie tylko przychody, ale i spłatę zobowiązań, zostały bowiem opracowane w oparciu o 100 proc., a nie 70 proc. areału.

– Aktualna sytuacja spółek rolnych, to efekt działań polityków – twierdzi Grzegorz Wysocki, przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Rolnictwa w RP. I tłumaczy, że pod koniec ubiegłego wieku państwo zawierało długoterminowe umowy dzierżawy z gwarancją, że nie będzie ingerować w kwestie produkcyjne pod warunkiem, że spółki gospodarujące na wydzierżawionym areale potrafią się odnaleźć w ówczesnej rzeczywistości wolnorynkowej. Jakakolwiek ingerencja państwa będzie miała katastrofalne skutki. Nie tylko ekonomiczne, ale też społeczne – podkreśla Grzegorz Wysocki.

Wspieranie gospodarstw rodzinnych, wyrównywanie szans i poziomów życia służy niwelowaniu niekorzystnych zmian związanych z dezagraryzacją

Szacuje się, że pracę może stracić nawet 40 tys. osób zatrudnionych w przedsiębiorstwach rolnych. Wielohektarowe gospodarstwa kooperują jednak także z wieloma usługodawcami, przedsiębiorcami, podwykonawcami, czy dostawcami narzędzi i maszyn. To oznacza kolejne 200 tys. osób, którym pośrednio dają pracę. Ich likwidacja może więc przyczynić się do zwiększenia skali bezrobocia, które już teraz rośnie z powodu kryzysu wywołanego epidemią koronawirusa. Z powodu spowolnienia gospodarczego wiele z tych osób może znaleźć się w strefie wykluczenia.

Specjaliści mówią też o niepokojących zmianach w strukturze rolnictwa – dalszym rozdrabnianiu. W 2018 r. co czwarte gospodarstwo na wsi żyło poniżej relatywnej granicy ubóstwa, a ponad 50 proc. beneficjentów pomocy społecznej to mieszkańcy wsi. Już teraz spośród 1,4 mln wszystkich gospodarstw rolnych małych, czyli takich do 10 ha, jest ponad 1 mln, a gospodarują na 28 proc. użytków rolnych. W sąsiednich krajach średnia wielkość gospodarstwa jest kilka razy większa niż w Polsce.

Dzierżawca ziemi nie może żądać takich praw, jakby był właścicielem

Strategia rozwoju rolnictwa w Polsce jest oparta na gospodarstwach rodzinnych i to one mają otrzymać ziemię, na której dziś gospodarują wielkie przedsiębiorstwa rolne. Ich właściciele i menedżerowie zastanawiają się nad sensem kontynuacji działania, organizacje zrzeszające pracowników takich firm boją się o przyszłość wielu tysięcy ludzi i ich rodzin. Eksperci mówią o niepokojących trendach na wsi, takich jak depopulacja i dezagraryzacja. Co zatem powinno decydować o kierunkach zmian w naszym rolnictwie?

Jakie rolnictwo, jaka wieś?

– Trudno nazwać strategią rozwoju rolnictwa, proces wykluczania z życia ekonomicznego i społecznego bardzo dużej części mieszkańców obszarów wiejskich. To są działania bezrozumne, niehumanitarne, pozbawione świadomości ekonomicznej i społecznej. Bo jak inaczej nazwać likwidowanie najlepszych polskich gospodarstw i miejsc pracy. To jest zaprzepaszczanie szansy na rozwój wsi i obszarów wiejskich – uważa Joanna Warecha, działaczka społeczna i dziennikarka. I dodaje, że na problem depopulacji i dezagraryzacji obszarów wiejskich należy spojrzeć według podziału Polski na część wschodnią i zachodnią. Szczególnie na obszarach, na których funkcjonowały dawne PGR-y, ten problem ma zupełnie inny wymiar. – Dziś, aby myśleć o rozwoju rolnictwa, należy mieć przed sobą nie tylko mapę Polski, ale przede wszystkim kalkulator. Większość z dużych gospodarstw to bardzo dobrze prosperujące podmioty o bardzo dużym potencjale produkcyjnym, wyposażone w nowoczesną bazę sprzętową i stosujące najnowsze technologie, dające zatrudnienie tysiącom osób – wyjaśnia Joanna Warecha.

Skutki będą katastrofalne dla pracowników, członków ich rodzin, lokalnych społeczności, a przez to i dla samego państwa

Jan Krzysztof Ardanowski, minister rolnictwa i rozwoju wsi odwołuje się do Konstytucji RP, której artykuł 23 wprost stanowi, że podstawą ustroju rolnego państwa jest gospodarstwo rodzinne. Podkreśla, że odzwierciedlenie tego zapisu znalazło się w ustawie z 11 kwietnia 2003 r. o kształtowaniu ustroju rolnego.

– Ustawa zawiera m.in. uregulowania zapobiegające nadmiernej koncentracji nieruchomości rolnych, ale to w żaden sposób nie oznacza dążenia do eliminacji dużych gospodarstw rolnych prowadzonych przez firmy – zaznacza minister.

Podkreśla, że jesteśmy jedynym krajem we wspólnocie, gdzie migracja z miast na wieś jest większa od migracji ze wsi do miasta, odpierając zarzuty, że taka polityka prowadzi do depopulacji i dezagraryzacji. – Ta ostatnia rozumiana jako proces zmniejszania znaczenia rolnictwa i produkcji rolnej w całej gospodarce jest zjawiskiem naturalnym – twierdzi. Jego zdaniem, Koła Gospodyń Wiejskich sprawiają, że nie zanikają, a wręcz są wzmacniane tradycyjne więzi na obszarach wiejskich. – Ich pielęgnowaniu i utrwalaniu służą też Ochotnicze Straże Pożarne. Dlatego wspieranie gospodarstw rodzinnych, wyrównywanie szans i poziomów życia służy niwelowaniu niekorzystnych zmian związanych z dezagraryzacją – podkreśla Jan Krzysztof Ardanowski.

Podobnie uważa Grzegorz Cymiński, dyrektor biura Rady Krajowej NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”, który przekazując stanowisko Prezydium Rady Krajowej NSZZ RI „Solidarność”, podkreśla, że prowadzona od kilku lat polityka państwa zmierza w kierunku, powiększania i tworzenia gospodarstw rodzinnych, między innymi w oparciu o ziemię z kończących się umów dzierżaw dużych gospodarstw. – To gospodarstwo rodzinne zgodnie z art. 23 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej stanowi podstawę ustroju rolnego państwa i to właśnie te gospodarstwa prowadzone przez rolników indywidualnych i ich rodziny powinny podlegać szczególnej ochronie prawnej i mieć tworzone warunki do godnej egzystencji oraz do rozwoju. Dzierżawca, któremu państwo, jako właściciel gruntu, udzieliło „czasowej koncesji” na jego użytkowanie, nie może żądać takich praw, jakby był właścicielem, tym bardziej, że ten zasób powinien być przeznaczony na realizację przez państwo jego konstytucyjnych obowiązków – tłumaczy.

Grzegorz Cymiński podkreśla, że duże gospodarstwa rolne szczególnie z obcym kapitałem, bo takie dominują, nie utrzymują więzi społecznych z lokalną ludnością i samorządami, nie angażują się w życie społeczne. W jego ocenie gospodarstwa rodzinne jak najbardziej powinny być promowane, bo one są głównymi dostawcami zdrowej żywności.

Przedstawiciel innego związku zawodowego przywołuje inne argumenty. Grzegorz Wysocki, przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Rolnictwa w RP, podkreśla, że w odróżnieniu od gospodarstw rodzinnych przedsiębiorstwa rolne zatrudniają pracowników przede wszystkim w oparciu o umowę o pracę, płacą od ich wynagrodzeń podatki oraz składki na ubezpieczenia społeczne. W związku z tym ich likwidacja wiązać się będzie z pogorszeniem się sytuacji ekonomicznej mieszkańców wsi. Dojdzie bowiem do masowych zwolnień. – Skutki będą katastrofalne dla pracowników, członków ich rodzin, lokalnych społeczności, a przez to i dla samego państwa. Zamiast dobrze działającej firmy – ubóstwo i zasiłki dla bezrobotnych. Zamiast rozwoju regionów – stagnacja. Szacujemy, że bezpośrednio dotknie to nawet ok. 50 tys. osób – mówi Wysocki. I dodaje, że umowy dzierżawy gruntów rolnych podpisywano pod pewnymi warunkami, m.in. zawarcia z przedstawicielami pracowników tzw. Pakietu socjalnego, gwarantującego m.in.: utrzymanie zatrudnienia przez przynajmniej 3–5 lat, przestrzeganie przepisów o wynagrodzeniach, warunkach pracy, ochronie zdrowia, bezpieczeństwa i higieny pracy, czy utrzymanie działalności socjalnej.

PGR-y bis?

Uczestnicy debaty przestrzegają przed powtórzeniem błędów popełnionych, gdy pod koniec ubiegłego wieku likwidowano w Polsce PGR-y. Około 2 mln osób straciło wtedy wszystko, co mieli. – Wraz z zabraniem ziemi Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa nie chce przejąć pracowników. Stracą na tym całe rodziny, a to często ci sami ludzie, którzy wzięli sprawy w swoje ręce po likwidacji PGR-ów. Stracą też pracownicy sezonowi i firmy współpracujące z takimi przedsiębiorstwami – wylicza Grzegorz Wysocki.

– Ludzi, którzy udowodnili swoją pracą, że są bardzo dobrymi pracownikami teraz wyrzuca się jak śmieci. Ludzi, którzy do emerytury mają dwa, trzy lata. Ale przecież tam pracują też ich dzieci, a nawet wnuki. Przecież nie wyciągają ręki do państwowej kasy. To państwo ustawi ich w kolejce po zasiłek – likwidując ich miejsca pracy. W imię czego? – pyta Joanna Warecha.

Grzegorz Wysocki przekonuje, że znów może zostać zagrożony byt całych rodzin, które mogą mieć trudności ze znalezieniem pracy przez wąską specjalizację, trudności z dojazdami do pracy gdzieś indziej ze względu na niską mobilność i zamieszkiwanie na terenach wiejskich.

Grzegorz Cymiński jest przekonany, że skala szkód będzie znacznie mniejsza, ponieważ duże gospodarstwa zajmują się produkcją rolną głównie w uproszczonej formie monokultury, zatrudniając w przeliczeniu na 1000 ha jednego pracownika z wyjątkiem gospodarstw hodowlanych, w których preferuje się produkcję na skalę przemysłową. – Mimo dużych areałów produkcja i przychód z tych gospodarstw, jak wynika z danych statystycznych, oscyluje w granicach do 50 proc. mniejszych niż w niewielkich gospodarstwach rodzinnych. Ich gospodarka oparta jest w dużej mierze na chemii i nawożeniu mineralnym, a brak obornika prowadzi do degradacji ziemi – mówi Grzegorz Cymiński.

– Duże gospodarstwa rolne ograniczają zatrudnienie poprzez zakupy wydajnego sprzętu – podkreśla Jan Krzysztof Ardanowski i dodaje, że dzierżawcy doskonale wiedzieli, co ich czeka w przyszłości. Nikt z dnia na dzień ich nie zaskakiwał. – Twierdzenie, że stracą pracę na skutek nieprzedłużania dzierżaw, jest z gruntu fałszywe – uzupełnia.

Zaspokoić głód ziemi?

Grunty będące w rękach dużych gospodarstw są – według autorów zmian w przepisach – potrzebne, by mogły rozwijać się w Polsce gospodarstwa rodzinne, na które stawia cała Unia Europejska. Tylko, czy zwiększanie banku ziemi jest potrzebne? Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, od 1992 r., Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa przejął do ZWRSP 4,7 mln ha, z tego 3,4 mln ha rozdysponował trwale. Tym samym na koniec 2018 r. w Zasobie pozostawało prawie 1,4 mln ha, w tym ponad 1 mln ha było w dzierżawie, a ok. 207 tys. ha czekało na rozdysponowanie. Zdecydowana większość gruntów przejętych do ZWRSP – 3,8 mln ha (79 proc.) – pochodziła ze zlikwidowanych państwowych przedsiębiorstw gospodarki rolnej.

– „W Polsce nie ma głodu ziemi, jest głód rozumu” to cytat z prof. Józefiny Hrynkiewicz z Prawa i Sprawiedliwości, która tak odnosiła się do procesu likwidowania bardzo dobrze funkcjonujących gospodarstw. Głód ziemi jest wyłącznie hasłem politycznym. Odbierana ziemia… leży w wielu miejscach odłogiem – podkreśla Joanna Warecha, dodając, że powszechnym procederem na polskiej wsi jest wyłącznie „uprawianie dopłat”.

– Przed wstąpieniem do Unii na jednej wsi było 20, 30 rolników, którzy uprawiali ziemię, dziś jest jeden, dwóch- pozostali poddzierżawiają ziemie bezumownie. To patologia, którą powinni się zająć politycy, a nie przymykać oczy w imię partykularnych interesów. Z jakiegoś powodu rolnicy tak robią. Śmiem twierdzić, że nie dlatego, że im się nie chce pracować, tylko coraz trudniej o opłacalność w rolnictwie – zaznacza Joanna Warecha.

Grzegorz Cymiński zwraca natomiast uwagę, że znaczną część zasobów Agencji Nieruchomości Rolnych stanowią grunty od wielu lat nieuprawiane, zadrzewione, zakrzaczone, o niskiej klasie, czyli o marginalnym znaczeniu dla gospodarki rolnej.

Z danych resortu rolnictwa wynika, że od czasu wejścia w życie ustawy z 2011 r. o gospodarowaniu nieruchomościami rolnymi Skarbu Państwa do końca ubiegłego roku z umów dzierżaw wyłączono łącznie 74 571 ha. Prawie 95 proc. tej powierzchni, tj. 70 739 ha zostało rozdysponowanych, przede wszystkim w formie sprzedaży – 38 130 ha oraz ramach dzierżawy – 30 950 ha.

– Ziemia rolna jest dobrem nieodnawialnym, stale się kurczącym – mówi Jan Krzysztof Ardanowski.

Waga argumentów

Czy warto na szali położyć tysiące miejsc pracy, promować gospodarstwa rodzinne kosztem przedsiębiorstw rolnych, a tym samym ograniczać miejsca, w których mogłyby się odnaleźć młode osoby gotowe związać się z rolnictwem?

– To fałszywa teza. Wspieranie gospodarstw rodzinnych nie odbywa się kosztem przedsiębiorstw rolnych. Natomiast młodzi ludzie, którzy chcą zostać w rolnictwie, mają możliwości. Realizowane są programy ułatwiające im start. Właśnie odbywa się kolejny nabór wniosków na działanie „Młody rolnik” w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2014–2020. Wsparcie wynosi 150 tys. zł – mówi Jan Krzysztof Ardanowski.

Grzegorz Cymiński dodaje, że tworzenie gospodarstw rodzinnych zmniejsza bezrobocie na wsi i daje możliwość zatrudnienia mieszkańcom wsi. – Do tej pory bardzo dużo młodych ludzi wyjechało za chlebem do pracy za granicę, nie mając perspektyw w swoim środowisku – mówi.

– Znam bardzo wielu rolników, których dzieci nie chcą wracać na wieś. Zresztą, kiedy realizowałam jeden ze swoich filmów, przeprowadzałam też wywiad z ministrem Ardanowskim. Zapytałam wówczas ministra, czy jego gospodarstwo prowadzi już kolejne pokolenie? Rok temu powiedział, że ma pięcioro dzieci, ale jest chyba ostatnim, który zajmował się prowadzeniem gospodarstwa. Dlatego tym bardziej powinniśmy szanować tych, którzy na wsi chcą pracować – twierdzi Joanna Warecha.

Jej zdaniem rząd nie powinien wykonywać złego prawa, które godzi nie tylko w interes obywateli, ale też w interes państwa. – Przecież takie gospodarstwa są motorem rozwoju gospodarczego na wsi, w gminach, które wciąż borykają się z nierozwiązanym problem dziedziczonego wykluczenia. Sprawa byłych pracowników PGR-ów to jak „polityczna kwarantanna” wszyscy wiedzą i… milczą. To jest pogwałcenie podstawowych praw człowieka. Wieś nie jest miejscem do życia i pracy tylko i wyłącznie dla rolnika indywidulanego – zaznacza Joanna Warecha.

Zwraca też uwagę na zjawisko nieformalnego tworzenia wielkich przedsiębiorstw rolnych. Zgodnie z definicją gospodarstwo rodzinne może liczyć do 300 ha. Bywa jednak, że faktycznie jest kilkukrotnie większe, bo każdy z członków rodziny dysponuje taką powierzchnią. – I w takim gospodarstwie na czarno, sezonowo pracuje kilka osób. Zatem i gospodarstwo towarowe, spółdzielnia rolnicza, w której na osobę często przypada 40-50 ha, powinna być traktowana jak gospodarstwo wielorodzinne. Problem dotyczy również sposobu prowadzenia przez nie dokumentacji księgowej. Taki sposób funkcjonowania rolników indywidualnych prowadzić może do patologii. Bardzo łatwo prowadzić fikcyjne gospodarstwo dla pozyskiwania pieniędzy z różnych dopłat oraz ukrywania faktycznych dochodów – podkreśla Joanna Warecha.

Jakie rozwiązania?

Eksperci podpowiadają ustalenie takich zapisów w warunkach przetargu na grunty rolne, aby zatrudnianie pracowników z likwidowanych przedsiębiorstw było jednym z kryterium otrzymania dzierżawy gruntów. – Analogicznie jak kiedyś, czyli w latach 90., zastrzegano to w przetargach na dzierżawę – mówi Joanna Warecha.

Innym rozwiązaniem mogłoby być stworzenie takich samych szans pracownikom likwidowanych gospodarstw na dzierżawę jak rolnikom indywidualnym. – To, co się w tej chwili dzieje, jest czystą fikcją. W czasie realizowania filmu dokumentalnego „Nieziemskie historie” spotkałam się z wieloma młodymi rolnikami, którzy uczestniczyli w przetargach i twierdzą, że to farsa, wszyscy wiedzą o co chodzi. Rolników, którzy chcą uprawiać ziemię, jest coraz mniej. Najwięcej staje do przetargów tych, którzy chcą jedynie „uprawiać” dopłaty bezpośrednie – mówi Joanna Warecha.

Preferencyjne warunki dzierżawy zapewniłyby pracownikom przedsiębiorstw rolnych kontynuację pracy w zawodzie. Byłoby to też drogą do tworzenia przez nich grup producenckich, pozwalających utrzymać się na rynku. – Pracując od 30–40 lat w nowoczesnych gospodarstwach rolnych mają potrzebne doświadczenie i umiejętności. Utrzymanie miejsc pracy, zwłaszcza w gospodarstwach towarowych o wysokim poziomie kultury technicznej, oferujących młodym ludziom atrakcyjną i dobrze płatną pracę, jest w interesie każdej ze stron. Zatrzymanie młodych na wsi powinno być traktowane jako cel sam w sobie, bo jest jedynym sposobem, żeby zniwelować, a przynajmniej złagodzić negatywne skutki starzenia się społeczności wiejskich i małych miasteczek. Na wsi trudno jest znaleźć pracę wymagającą wysokich kwalifikacji, z płacą na poziomie konkurencyjnym dla miasta. Nowoczesne spółki rolne to zapewniają – mówi Grzegorz Wysocki.

– Stawianie pracowników zatrudnionych w największych gospodarstwach na równi z rolnikami posiadającymi gospodarstwo rolne nie ma najmniejszego sensu. Przede wszystkim ci pierwsi nie mają wystarczających zasobów, aby startować do przetargów na dzierżawę, nie prowadzą produkcji rolnej. Ale oczywiście nikomu nie zamykamy drogi do dzierżawy. Jeżeli pracownicy zorganizowaliby się np. w postaci spółdzielni czy spółki, to mogą brać udział w przetargu – wyjaśnia Jan Krzysztof Ardanowski.

Wśród uczestników debaty, zdalnej z racji ograniczeń związanych z epidemią, wyraźnie wybrzmiały głosy mówiące, że nie jest jeszcze za późno, żeby wycofać się ze złych rozwiązań. Wielu ekspertów mówiło o negatywnych skutkach społecznych dla polskiej wsi i polskiego rolnictwa. W kolejnej części naszego cyklu napiszemy o efektach dla gospodarki. Dla sektora rolnego i branży spożywczej.

Materiał powstał przy współpracy Związku Zawodowego Pracowników Rolnictwa w Rzeczypospolitej Polskiej

___________________________________________________________________

Nieprzedłużanie dzierżawy może doprowadzić do zjawiska przeludnienia agrarnego

Małe i duże gospodarstwa rolne są dziedzictwem naszych obszarów wiejskich i należy tę zróżnicowaną strukturę uszanować, nie dopuszczając oczywiście do większego rozdrobnienia agrarnego. Dualność społecznych form organizacji produkcji rolnej w Polsce powinniśmy traktować jako cechę specyficzną polskiego rolnictwa. Duże gospodarstwa rolne mają zupełnie inną siłę ekonomiczną i pozycję konkurencyjną niż małe rodzinne gospodarstwa, które z kolei mają silną pozycję polityczną i dużą możliwość dostosowywania się do zmieniających się warunków społecznych.

Gospodarstwa towarowe dzięki posiadaniu kapitału i dużej skali produkcji rolnej mogą pełnić rolę lokalnego integratora dla gospodarstw rodzinnych w zakresie wytwarzania, usług, wymiany wiedzy, innowacyjności etc. Jest wiele przykładów funkcjonowania w Polsce w symbiozie gospodarstw towarowych z rodzinnymi. Współpraca jest oparta na dwudziestoletnim doświadczeniu i zaufaniu. To jest niematerialny kapitał, niełatwy do zbudowania. Co więcej, takie przedsiębiorstwa integrują także drobnych rolników w łańcuch dostaw, pełniąc rolę pasa transmisyjnego dla przetwórstwa rolnego. Wreszcie duże gospodarstwa rolne są ważnym podmiotem na lokalnym rynku pracy, a precyzyjniej na polskiej wsi. Zatrudniają łącznie w kraju kilkadziesiąt tysięcy pracowników rolnych. Są to osoby mieszkające w tej lub pobliskiej miejscowości, często pochodzące z rodzin tzw. popegeerowskich lub posiadające małą działkę rolną czy kilka hektarów. Przedsiębiorstwa rolne są więc niekiedy jedynym dużym lokalnym pracodawcą, zwłaszcza w tych regionach kraju, gdzie nie ulokował się przemysł lub turystyka. Często oprócz nich działa już tylko drobne rzemiosło, gdyż nawet drobna wytwórczość z reguły jest zarejestrowana w najbliższym mieście. Oczywiście Polska wieś jest zróżnicowana, i im bliżej dużego miasta, tym rynek pracy jest bardziej chłonny i atrakcyjny dla mieszkańców wsi.

Duże gospodarstwa rolne wykraczają dziś poza funkcje produkcyjne związane z rolnictwem, wchodząc w rolę integratora lokalnej społeczności. Często są organizatorami eventów na obszarach wiejskich, prowadzą fundacje wspomagające miejscową ludność, znają ich potrzeby. Jednocześnie świadomie realizują w lokalnych środowiskach zadania wynikające z odpowiedzialności społecznej przedsiębiorstw.

Obserwowane „kroczące wywłaszczenie” towarowych gospodarstw prowadzi do ich stopniowej likwidacji, co powoduje nieodwracalne straty w złożonej tkance polskiej wsi, nie tylko rolnictwa jako sektora gospodarczego. W sytuacji, gdy zabraknie dużych gospodarstw, lokalni pracownicy będą zmuszeni szukać pracy gdzie indziej. W okolicy będzie trudno, bo nie będzie alternatywy. Pozostanie więc najbliższe miasto, to jednak może okazać się niedostępne. Niedostatek transportu publicznego to czynnik wykluczający mieszkańców wielu wsi z dostępu do rynków miejskich. Okaże się więc, że popularną drogą ratunku będzie powrót do własnego gospodarstwa. To jednak nie będzie służyło gospodarce. Odbije się na wydajności polskiego rolnictwa, która spadnie.

Drogą do tego, by w małych gospodarstwach produkcja rolna była opłacalna, jest zwiększanie zasobu ziemi, a nie liczby pracowników. Inaczej efekt będzie zupełnie odwrotny. Tymczasem średnia wielkość gospodarstwa rolnego składającego wniosek o płatności obszarowe od 10 lat niemal stoi w miejsku (jest to niewiele ponad 8 ha). Nawet podwojenie powierzchni gospodarstw nie stwarza warunków do osiągania parytetowych dochodów w relacji do sfery pozarolniczej w Polsce.

Nieprzedłużanie dzierżawy może więc doprowadzić do znanego już w historii niepodległej Polski zjawiska przeludnienia agrarnego, nadmiaru siły roboczej w rolnictwie. Oczywiście nie będzie to skala jak w okresie wielkiego kryzysu lat 30. ubiegłego wieku. Myślę, że też nie powtórzy się fala bezrobocia pamiętana z lat 90. Ale nie można zapominać o tym, że także z powodu panującej obecnie pandemii wiele osób straci pracę i wróci na wieś. To bardzo pogorszy sytuację. W Polsce udział pracujących w rolnictwie indywidualnym na wsi sięga wciąż 22 proc. osób w wieku produkcyjnym. Dla porównania, w krajach zachodniej Europy jest to średnio około 5 proc. Dlatego nie powinniśmy stwarzać czynników prowadzących do wzrostu zatrudnienia we wciąż relatywnie mało efektywnych gospodarstwach.

dgp@infor.pl