Rolnicy, którzy chcą ubezpieczyć swoje uprawy z dopłatą rządową, odchodzą z kwitkiem. Pozostało im liczyć na łaskawość pogody, o którą też będzie trudno. Na wyrozumiałość ubezpieczycieli nie ma co liczyć.
W poprzednich latach już się zdarzało, że brakowało pieniędzy na dopłaty do ubezpieczeń dla rolników. Miało to jednak miejsce dopiero jesienią. Rząd natomiast twierdzi, że nie ma potrzeby zwiększenia budżetu, aby pomóc zabezpieczyć się farmerom.
– W tym roku sprzedaż takich ubezpieczeń została wstrzymana pod koniec kwietnia, czyli w czasie, kiedy najwięcej osób decyduje się na ich zakup. Chodzi zwłaszcza o sadowników, którzy dopiero po pierwszych przymrozkach są w stanie oszacować skalę zbiorów – mówi Karol Ciźla z Vector Ubezpieczenia.
PZU prowadził nieograniczoną sprzedaż dotowanych ubezpieczeń od 16 marca do 20 kwietnia. Z kolei w Towarzystwie Ubezpieczeń Wzajemnych TUW rolnicy mogli nabywać takie polisy od 13 marca do 30 kwietnia. Ich pula wyczerpała się również w Ubezpieczeniach Pocztowych. – W tym roku kwota przeznaczona w budżecie państwa na dopłaty do składek za ubezpieczenie upraw rolnych i zwierząt gospodarskich jest znacznie niższa niż w roku ubiegłym – tłumaczy Katarzyna Niegowska z TUW.
Reklama
Zbiegło się to z ogromnym wzrostem zainteresowania wśród rolników. TUW zawarło ok. 70 proc. więcej umów ubezpieczenia upraw rolnych niż w analogicznym okresie 2019 r. Jeszcze większy wzrost popytu sygnalizują Ubezpieczenia Pocztowe. – Sprzedaż zwiększyła się o 160 proc. To sprawiło, że nasz limit bardzo szybko się wyczerpał – mówi przedstawicielka firmy Katarzyna Dobosz-Rojewska.
Z danych resortu rolnictwa wynika, że na dopłaty do ubezpieczeń upraw rolnych i zwierząt gospodarskich w tym roku zarezerwowano w budżecie 350 mln zł, czyli o 300 mln zł mniej niż w 2019 r. Jego przedstawiciele tłumaczą jednak, że do tej pory nie wykorzystywano w pełni zarezerwowanej kwoty. W 2018 r. z 853 mln zł na dopłaty poszły 453 mln, a w ubiegłym roku z zaplanowanych 651 mln wydano ok. 500 mln.

Reklama
Eksperci zwracają uwagę, że kwota wykorzystana na dopłaty z roku na rok rośnie. Ale może jeszcze zwiększyć środki na dopłaty z puli pieniędzy z zagospodarowania mienia Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa.
Urzędnicy twierdzą jednak, że… na razie nie ma takiej potrzeby. – W tym roku zawarliśmy umowy na stosowanie dopłat do składek z siedmioma zakładami ubezpieczeniowymi. W I kw. trafiła do nich kwota 59,2 mln zł. Pozostała zostanie im przekazana na ich wniosek – mówi Małgorzata Książyk, dyrektor biura prasowego Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Jak dowiedział się DGP, zakłady nie wystąpiły dotychczas z takimi prośbami. Zdaniem ekspertów może to oznaczać, że nie chcą oferować tego rodzaju polis, bo ryzyko z nimi związane jest zbyt duże.
Katarzyna Dobosz-Rojewska przyznaje, że ze względów bezpieczeństwa firma nie będzie już oferowała takich polis. – Na każdy sezon sprzedaży ubezpieczeń rolnych zakładamy wysokości limitów na ryzyka zgodnie z zasadami underwritingu. Limit na ten sezon został już wyczerpany – dodaje. Takie tłumaczenia nie satysfakcjonują rolników. Jak tłumaczą, w obecnej sytuacji pozostało im kupowanie polis na komercyjnych warunkach, czyli niemal trzykrotnie drożej. W przypadku tych dotowanych 65 proc. składki opłaca budżet, a 35 proc. rolnik. – Koszt ubezpieczenia komercyjnego przewyższa zysk z produkcji. Nikogo nie stać na jego wykup – tłumaczy właściciel gospodarstwa na Mazowszu.
Dlatego Stowarzyszenie Sadowników RP wystąpiło do resortu z prośbą o pomoc w rozwiązaniu problemu. – Już wiele tygodni temu sygnalizowaliśmy, że dojdzie do takiej sytuacji. W marcu towarzystwa ubezpieczeniowe odprawiały z kwitkiem sadowników, którzy chcieli ubezpieczyć się od przymrozków. Najpierw mówiono, że to za duże ryzyko, a potem, że skończyły się środki na ten cel. Teraz, gdy rolnicy chcą ubezpieczyć zbiory, bo już dokładnie wiedzą, jakie będą, oraz zabezpieczyć je przed gradobiciem, znów słyszą, że nie ma takiej możliwości – wyjaśnia prezes stowarzyszenia Mirosław Maliszewski i dodaje, że urzędnicy odpowiedzieli mu, że resort postara się porozumieć z zakładami ubezpieczeniowymi.
– Oczekujemy, że stanie się to jak najszybciej. Inaczej w tym roku zniknie kilka procent gospodarstw. Sadownictwo to bardzo kapitałochłonna część rolnictwa. Już jeden rok bez zbiorów potrafi zachwiać płynnością finansową gospodarstwa, nie mówiąc już o tym, gdy dzieje się to dwa lata z rzędu – podkreśla Maliszewski. Szczególnie że szykuje się ciężki rok, głównie z powodu suszy. Tymczasem nieubezpieczeni rolnicy mogą liczyć najwyżej na połowę odszkodowania od państwa. Pełna pomoc rządowa to 1000 zł od hektara.

Z kolei TUZ Ubezpieczenia poinformowało nas, że sprzedaż takich ubezpieczeń nadal trwa. - To nie przypadek, że rolnicy mogą u nas nadal kupować ubezpieczenia upraw rolnych i zwierząt gospodarskich z dopłatą do składki z budżetu państwa – mówi Marcin Łuczyński, członek zarządu TUZ Ubezpieczenia. - Mamy swoją strategię, nieco odmienną od strategii innych firm, i na razie nie zamierzamy zamykać sprzedaży ubezpieczeń tego typu.