Unia szuka sposobu, w jaki sposób ograniczyć import rośliny, nie denerwując przy tym partnerów handlowych ze Stanów Zjednoczonych. Dlaczego? KE musi działać ostrożnie, bo soja jest elementem kruchego rozejmu pomiędzy USA a UE w wojnie handlowej prowadzonej przez Waszyngton.
Co roku do Europy trafia 36 mln ton soi. Nasiona służą głównie jako pasza dla zwierząt. Import w takiej skali od dawna budzi poważne zastrzeżenia ekologów, które nabrały mocy po zeszłorocznych pożarach lasów deszczowych w Ameryce Południowej.
Problem kurczącej się w zawrotnym tempie powierzchni Puszczy Amazońskiej doprowadził na szczycie G7 w sierpniu 2019 r. do spięcia między brazylijskim prezydentem Jairem Bolsonaro a jego francuskim odpowiednikiem Emmanuelem Macronem, który wezwał Unię Europejską do odzyskania samodzielności w produkcji białka roślinnego. Uprawiając soję na własnym terytorium, Europa zrzuciłaby z siebie odpowiedzialność za wylesianie w Brazylii, które jest prowadzone m.in. właśnie z powodu rosnącego popytu na soję. Wkład UE może być rzeczywiście imponujący, biorąc pod uwagę, że na świecie pod względem importu tych nasion Wspólnotę wyprzedzają jedynie Chiny.