Konrad Siemaszko, Helsińska Fundacja Praw Człowieka
Wojciech Klicki, Fundacja Panoptykon
Czy impuls do zmiany polskich przepisów dotyczących inwigilacji może popłynąć z Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej? Walczy o to w postępowaniu przed stołecznym sądem dziennikarka, która pozwała państwo za to, że nie została poinformowana, czy była inwigilowana, i oczekuje od sądu, że skieruje sprawę do Luksemburga. Orzecznictwo TSUE ustala bowiem wiele warunków, jakie musi spełniać prawo UE w obszarze dostępu służb do billingów. To próba włączenia instytucji unijnych w walkę z niekontrolowaną inwigilacją w Polsce. Na razie zaangażowanie zadeklarował Parlament Europejski, który powołał komisję śledczą ds. Pegasusa.
Dyskusję o inwigilacji w ostatnim czasie zdominowała kwestia Pegasusa właśnie. Jest to zrozumiałe, gdy weźmiemy pod uwagę skrajny stopień ingerencji w prywatność, jaki system ten umożliwia, a jednocześnie profil osób, które były jego ofiarami. To jednak tylko czubek góry lodowej. Służby dysponują też innymi instrumentami inwigilacji i jak pokazują informacje uzyskane przez Fundację Panoptykon, szeroko z nich korzystają. Co roku zakładanych jest ok. 8–10 tys. podsłuchów, a policja i służby pozyskują ok. 1,35 mln danych telekomunikacyjnych, czyli przede wszystkim billingów i informacji o lokalizacji. Dane telekomunikacyjne są prawdziwą kopalnią informacji: dają wgląd w to, z kim się kontaktujemy, jak często i kiedy, a także gdzie przebywamy o określonych godzinach.