Jednym z większych nierozstrzygniętych zagadnień ekonomistów przez ostatnią dekadę jest powolny wzrost produktywności. Prześladuje to wiele rozwiniętych gospodarek świata i jest faktem mimo wielkiego postępu technologicznego, którym radują nas – lub straszą, według upodobań – różne firmy i agencje medialne. Tym z nas, których pracę wspiera maszyna, postęp technologiczny wydaje się wręcz namacalny. A wydajność jak nie rosła za szybko, tak nadal nie rośnie.
Reklama
Teorie są trzy. Pierwsza każe poczekać. Cyfryzacja światowej gospodarki jest wciąż na wstępnym etapie. Mimo tego, że innowacje godne implementacji w najróżniejszych sektorach już istnieją, nie zostały jeszcze rozpowszechnione. Według nowego raportu McKinsey Global Institute w 90 proc. przypadków czas od wynalezienia nowej technologii do wprowadzenia jej do użytku komercyjnego to pomiędzy 8 a 28 lat. Przełomy technologiczne nie od razu dają się wdrożyć, proces prób i błędów może być długotrwały, nie wspominając o banalnym, ale zawsze obecnym ludzkim wzbranianiu się przed zmianą. Zjawisko „implementation lags” Erik Brynjolfsson, Daniel Rock (obaj MIT) i Chad Syverson (University of Chicago) prześledzili na przełomie stulecia, przyglądając się wdrażaniu przełomowych technologii. Choć silniki elektryczne zostały wynalezione w końcu XIX w., to jeszcze w latach 20. XX w. tylko w 4 proc. amerykańskich fabryk w ogóle z nich korzystano. Po 30 latach od stworzenia pierwszych użytecznych komputerów stanowiły one zaledwie 5 proc. wartości majątku trwałego firm w USA. Nawet zakupy przez internet, które przecież funkcjonowały już w latach 90., dopiero zyskują popularność: firmy musiały dostosować swoje procedury, a my, klienci – nawyki zakupowe. Na czele listy branż najszybciej się „ucyfrawiających” są technologia, media i usługi finansowe, i to w nich wydajność w ciągu ostatniej dekady rosła najszybciej. Muro (Brookings Institute) nazywa wręcz pozostałe sektory „under-digitized”, czyli nie-dość-ucyfrowionymi. W optymistycznym podejściu wielki „boom produktywności” nadchodzi, ale opóźniają go nasz opór przed zmianą i powolne przyjmowanie nowych rozwiązań.
Teoria druga mówi, że nie ma na co czekać. Robert Gordon (Northwestern) twierdzi wręcz, że obecne technologie, jakkolwiek błyskotliwe, nie mają w sobie potencjału zbliżonego do maszyny parowej, silnika elektrycznego czy telefonu. Tamte innowacje zrobiły już dla naszej wydajności, co mogły, a obecne wynalazki są mniej więcej tym, czym nowa odmiana ziemniaka w porównaniu z trójpolówką: jest bardziej odporny na stonkę i ma więcej wartości odżywczych, ale przełomem było odejście od dwupolówki i uprawianie roślin zwiększających zawartość azotu w ziemi. Argumentację tę Gordon opiera na porównawczej analizie historycznej. W jego ocenie czasy technologicznego postępu w granicach 2 proc. rocznie minęły i nie wrócą do momentu kolejnej, przełomowej technologii. Liczba 2 proc. nie jest przypadkowa: w ciągu niemal 200 lat, dla których dostępne są dane dla USA, taka jest długofalowa średnia.
W sukurs Gordonowi przychodzą Bloom, Jones i Webb (wszyscy trzej Stanford) oraz van Reenen (MIT), którzy udowadniają, że o innowacyjne pomysły jest coraz trudniej. Modele wzrostu gospodarczego zasadzają się na tzw. ścieżce zrównoważonego wzrostu, na której równie łatwo powinno być o 13 024. pomysł w jakiejś branży, co o pierwszy. Tymczasem, jak pokazują Bloom i koledzy, kolejne innowacje są coraz bardziej kosztowne. Prawo Moore’a nie traci nic ze swojej mocy, ale nakłady finansowe i kapitał ludzki niezbędne do podwojenia mocy obliczeniowej co dwa lata rosną w tempie wykładniczym.
Podobnie jest z innowacjami w rolnictwie (nakłady niezbędne do zwiększania wydajności upraw rosną znacznie szybciej niż sama wydajność) i w innych branżach. Być może potrzebujemy więc całkiem innego sposobu myślenia o wzroście gospodarczym.
Teoria trzecia mówi natomiast, że wzrost wydajności jest, tylko źle go mierzymy. Twórca nowoczesnej teorii wzrostu Philippe Aghion (Harvard i LSE), Pete Klenow (Stanford) wraz ze współautorami z USA i Francji prześledzili interakcję między procesem pomiaru statystycznego (czyli skąd GUS wie, ile wyniosło w Polsce PKB w 2017 r. i jak może to porównać do 2016 r.) z procesem innowacji gospodarczych. Przykład: iPhone X, który wszedł na rynek w 2017 r., nie znajdował się w koszyku konsumpcji rok wcześniej, więc GUS nie może na nim policzyć „wzrostu”. Natomiast popyt na poprzednią wersję telefonu z jabłuszkiem w 2017 r. spadł. Jeśli tak się składa, że większość wzrostu wydajności pojawia się w nowych produktach, które zastępują popyt na stare, nasza statystyka nakierowana jest na mierzenie spadków, a nie wzrostów, więc zaniżamy wszystkie miary wzrostu gospodarki. Agion, Klenow i koledzy pokazują, że po skorygowaniu tego „błędu” amerykańska wydajność rośnie średnio w tempie 1,9 proc. rocznie, a nie 1,3 proc., jak się wszystkim wydawało na podstawie statystyki publicznej. I choć ogólnie jest to dobra wiadomość, policzona tą samą metodą dynamika wydajności w latach 80. wynosiła 2,9 proc. rocznie.
Która z tych teorii jest prawdziwa? Czasy szybkiego wzrostu przeminęły bezpowrotnie? A może obecne technologie mają potencjał do bycia przełomowymi, tylko jeszcze o tym nie wiemy? No i może całkiem źle mierzymy wzrost wydajności? Cierpliwości. Już niedługo będziemy wiedzieli na pewno...
Obecne technologie, choć błyskotliwe, nie mają w sobie potencjału zbliżonego do maszyny parowej, silnika elektrycznego czy telefonu. Czasy technologicznego postępu w granicach 2 proc. rocznie minęły i nie wrócą