statystyki

Prank rządzi nie tylko na YouTube. Coraz częściej sięga po niego reklama

autor: Dorota Kalinowska13.12.2014, 08:15
Schemat pranka jest wyjątkowo prosty. Przypadkowa osoba staje się świadkiem pozorowanych wydarzeń

Schemat pranka jest wyjątkowo prosty. Przypadkowa osoba staje się świadkiem pozorowanych wydarzeńźródło: ShutterStock

Reklamy nudzą brakiem polotu i dosłownością. Dlatego branża stawia na wkręty. Ty także staniesz się ich ofiarą

Poznajcie Toma. Tom jest mieszkańcem średniej wielkości miasteczka – pracuje, imprezuje, chodzi na zakupy. Wiedzie normalne życie do momentu, w którym akceptuje na Facebooku zaproszenie od nieznajomego. Niczego nieświadomy wpada w zasadzkę, bo nowy przyjaciel okazuje się krętaczem, który wyciąganie danych osobowych ma opanowane do perfekcji.

Bez problemu zyskuje dostęp do konta bankowego Toma (ten odpowiedział na spreparowanego e-maila wysłanego rzekomo z banku z prośbą o potwierdzenie loginu oraz hasła). A że zagarnięcie oszczędności życia Toma jest dla niego banalne, wpada na bardziej perfidny pomysł – kradzież tożsamości. Upodobania się do Toma i zaczyna się pod niego podszywać w realnym świecie – na FB zamieszcza zdjęcia, które z pewnością nie spodobałyby się żonie Toma, spotyka się z jego przyjaciółmi, rezerwuje luksusowe pokoje na jego nazwisko w angielskim hotelu oraz kupuje antyczną i bardzo drogą harfę (15 tys. euro). W tym czasie prawdziwy Tom odbiera telefony z banków, recepcji, sklepów. Jest zdezorientowany, nie wie, co się dzieje. Aż pewnego dnia mija przed domem „sobowtóra” i wówczas wychodzi na jaw, że uczestniczy w prowokacji, za którą stoi jeden z banków. Do dziś film z jego udziałem można oglądać w sieci.

Nowa ukryta kamera

Przerażające? I to jeszcze jak. Głównie dlatego, że Tom Degroote istnieje – jest Belgiem i, jak podaje agencja reklamowa odpowiedzialna za kampanię, nie miał pojęcia, że poddano go manipulacji. Nie wiedział, że każdy jego ruch podglądały ukryte kamery, a każda rozmowa była podsłuchiwana. Nie miał też pojęcia, że twórcy akcji dopuścili się naruszenia prywatności i wykorzystali jego wizerunek do celów marketingowych – w tym przypadku zachęcenia użytkowników internetu do większej dbałości o ochronę danych osobowych. Obyło się, koniec końców, bez pozwów sądowych.

Paweł Tkaczyk, ekspert rynku reklamy oraz autor książek „Zakamarki marki” i „Grywalizacja”, wskazuje, że reklamodawcy coraz częściej korzystają z takiej formy promocji, a ta doczekała się już odrębnej nazwy. – To nic innego jak robienie sobie jaj z klientów, co w branży określane jest jako prankvertising, gdzie angielskie słowo prank tłumaczy się jako psikus lub dowcip – wyjaśnia. Głównym wyróżnikiem prankvertisingu, reklamy przez dowcip, jest to, że w kampanii biorą udział przypadkowe osoby, których reakcje nagrywane są ukrytą kamerą, a następnie publikowane w postaci krótkich filmów w internecie. Dobrze przeprowadzone stają się viralami (materiały rozsyłane przez internautów między sobą, już bez pośrednictwa firmy), które krążąc po sieci, zdobywają miliony wyświetleń. – Do tej pory prank to był po prostu żart, ale jeżdżenie na wyższych emocjach i slacktivismie (zlepek angielskich słów slacker, czyli leń, i activism, czyli aktywizm; slacktivism oznacza działania nakierowane na samozadowolenie osoby biorącej w nich udział – aut.), z którym też coraz częściej mamy do czynienia, nie ma chyba jeszcze nazwy – zastrzega. Tym bardziej że granica między tym, co dozwolone, a tym, co zabronione, stale się przesuwa, bo i prankvertising nie jest nowym zjawiskiem. Najstarsze wkręty pochodzą z początku lat 80. XX wieku, jak choćby spot kawy Folgers z 1983 r. Na nagraniu widać, że gościom jednej z najlepszych londyńskich restauracji serwowano ją zamiast drogiego odpowiednika, o czym dowiadywali się dopiero wtedy, kiedy przyszło im płacić rachunek. Także na tym samym pomyśle oparta jest pochodząca z 2008 r. reklamówka Pizza Hut. Niczego niepodejrzewającym gościom restauracji wydano jednego wieczoru potrawy przyrządzane nie przez renomowanego szefa kuchni, ale te z nowego menu sieciówki. Ale minęły czasy, w których puentą scenki było odkrycie marki reklamowanego produktu. „Dziś hidden camera commercials (reklamy kręcone ukrytymi kamerami – aut.) coraz częściej grają na emocjach dużo silniejszych niż zaskoczenie – na strachu” – zauważa Anna Górecka, ekspert rynku reklamy, na blogu Sławomira Wojtkowskiego, filozofa i badacza marketingu.

Internetowe śledztwo


Pozostało jeszcze 77% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Polecane

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Galerie

Polecane