Bogusław Kański radca prawny / Dziennik Gazeta Prawna
klienci gorsi
Z tego stanowiska wynika niebezpieczne rozgraniczenie: bank chroni klientów, którzy są jego depozytariuszami, nie ma natomiast takiego obowiązków wobec klientów, którzy depozytariuszami nie są. Czy to oznacza, że banki dzielą klientów na lepszych i gorszych? Wiele wskazuje na to, że tak. Warto pamiętać o tym rozróżnieniu przed podjęciem decyzji o skorzystaniu z licznych ofert kredytów i produktów finansowych, którymi nachalnie zasypują nas banki.
W bolesny sposób o takim rozróżnieniu przekonują się przedsiębiorcy – m.in. w związku z instrumentami pochodnymi („zerokosztowe" struktury opcyjne , transakcje wymiany CIRS – często w żaden sposób niepowiązane z prowadzoną przez tych przedsiębiorców działalnością) i zwykli konsumenci – w związku z kredytami frankowymi. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej – o tych praktykach po prostu zrobiło się głośno. Jeśli nic się nie zmieni, tylko kwestią czasu jest to, gdy kolejna liczna grupa Polaków poniesie konsekwencje kolejnego „nowatorskiego” produktu bankowego i wtedy znowu okaże się, że banki zadbają tylko o depozytariuszy.
W wypadku kryzysu wywołanego gwałtownym wzrostem wartości franka, nie z własnej woli, ale dopiero pod wpływem powszechnego oburzenia, banki przyznały się do tego, że mogły i powinny postępować inaczej (choćby w kwestii ujemnych stóp procentowych dla tej waluty). Same wcześniej takiego obowiązku wobec klientów – kredytobiorców – nie dostrzegały. Dlaczego? Jedynym wytłumaczeniem jest to, że zyski banków stałyby się niższe. A nie można zapominać, że mają one najwyższe zyski w regionie. Tym samym trochę więcej uczciwości wobec klientów nie grozi interesom depozytariuszy, a raczej – interesom kadry zarządzającej tych instytucji. Stanisław Kluza, były minister finansów oraz szef Komisji Nadzoru Finansowego (oceniając poziom zysków sektora bankowego), tak to skomentował: „Albo jest to sektor o takiej wartości innowacji, że ta premia musi być wysoka, albo zarządzanie nim jest banalnie proste, tyle że jest on uprzywilejowany przez państwo. Skłaniam się ku temu drugiemu wyjaśnieniu” („Rząd działa pod dyktando banków”, „Rzeczpospolita” z 6.02.2015 r.).
Autor repliki dziwi się temu, że coraz liczniejsze zastrzeżenia co do zaniechań banków formułowane są w sytuacji, gdy ich działanie mieści się w ramach obowiązujących przepisów. Zarzutem jest w tym wypadku nie tylko to, jak niesprawiedliwie szerokie uprawnienia przyznaje bankom nasz system prawny, ale również to, w jaki sposób instytucje finansowe z takich uprawnień korzystają. Czy Białkowi mówi coś zasada nadużycia prawa? Czy ci, którzy prawa nadużywają, nie powołują się na taki sam argument – przecież mieliśmy prawo (na papierze).
Białek pisze o zasadzie autonomii woli stron. Czy taki argument jest uczciwy w sytuacji, gdy ogromna większość umów zawieranych z bankami to umowy adhezyjne – klient może tylko podpisać dokumenty sporządzone jednostronnie przez bank, często liczące kilkanaście albo kilkadziesiąt stron, z ogromną liczbą ograniczeń i obciążeń opisanych małym drukiem? Czy w takim wypadku mamy do czynienia z wyrazem autonomii woli stron, czy raczej z przymusem ekonomicznym? Nadużywanie uprawnień banków wywołuje reakcję klientów. Bo czym innym, jak nie żółtą kartką, jest dla nich crowdfunding, rozwój firm pożyczkowych czy wirtualna waluta bitcoin. Banki ciężko zapracowały na utratę zaufania.
Czas zmienić prawo
Zasada ochrony depozytariuszy pochodzi z czasów, gdy banki przyjmowały pieniądze od depozytariuszy i udzielały kredytów w tej samej walucie. Nie było kredytów walutowych, instrumentów pochodnych i setek innych abstrakcyjnych i trudnych do zrozumienia dla nas, zwykłych śmiertelników, konstrukcji finansowych, których wykorzystanie (nadużycie?) przez chciwych bankierów zaślepionych żądzą zysku i pozbawionych jakichkolwiek hamulców etycznych czy moralnych o mało nie zrujnowało świata zachodniego w roku 2008 r.
Analizując prawo bankowe, rzeczywiście należy stwierdzić, że nie zapisano w nim żadnego innego obowiązku banków wobec ich klientów poza ochroną depozytów. Czy to samo w sobie nie jest zdumiewające? Czyli w pozostałym zakresie bankom wszystko wolno? Czy nie pora dostosować prawo bankowe do aktualnych realiów gospodarczych?
Fakt, że BTE jest uregulowany w przepisach, nie czyni go ani uczciwym, ani sprawiedliwym. Jeśli przedstawiciele ZBP chcą rozmawiać o przepisach prawa, należy wskazać, że brak w nich nie tylko równowagi stron, ale nawet minimalnego poziomu ochrony dla kontrahentów instytucji finansowych.
Prawodawca, dając bankom tak potężną broń, nie wprowadził do przepisów żadnych norm chroniących słabszych – w tym wypadku klientów banków.
Zdziwienie musi budzić twierdzenie, że różnica między poddaniem się egzekucji a BTE to tylko kwestia formy, a korzystając z BTE, bank oszczędza klientom kosztów czynności notarialnej. Czynność dokonana przed notariuszem daje zobowiązującemu się pewien poziom ochrony – notariusz ma obowiązek dbać o to, by strony czynności wiedziały, jakie znaczenie ma ich oświadczenie, badać, czy czynność taka jest zgodna z prawem, sprawdzać jej formę. W wypadku BTE dokumenty te są sporządzane z automatu, a urzędnik bankowy, który podsuwa je do podpisania, nie ma czasu ani wiedzy, by wyjaśnić klientowi banku ich skutki.
A co do kosztów – skoro nie było przeszkód, by wprowadzić zryczałtowane niskie stawki przy wpisach do ksiąg wieczystych, nic nie stoi na przeszkodzie, by podobną metodę zastosować w wypadku bankowych oświadczeń o poddaniu się egzekucji w trybie art.777 k.p.c. Skoro latami banki oferowały klientom produkty z ubezpieczeniem, za które ci ostatni płacili (często bez realnej potrzeby), to skąd nagle takie wątpliwości przed czymś, co byłoby faktycznym, choć minimalnym, zabezpieczeniem kontrahenta banku?
A jeśli chodzi o egzekucję z BTE? Czy środki prawne, na które powołuje się autor polemiki, nie stanowią pozornej ochrony? Każdy, kto praktykuje prawo, wie, że atak banku następuje natychmiast, a wszelkie środki, jakie miałyby stawić mu opór, wymagają więcej czasu – w najlepszym razie tygodni (środki tymczasowe), a z reguły miesięcy lub lat (powództwo przeciwegzekucyjne lub powództwo o ustalenie). W tej chwili, gdy cały kraj aż huczy o tym, jak to można sprzedać cudzą rzecz w ciągu 48 godzin od momentu zajęcia, co najmniej nieelegancko jest oddzielać skutki BTE od jego przyczyny.
Co z etyką
Czy ZBP nie wie, że w wypadku szybko przeprowadzonej egzekucji powództwa przeciwegzekucyjnego wytoczyć się już nie da? Bo może ono dotyczyć tylko toczącej się, a nie już zakończonej egzekucji. Potem ofierze pozostaje mozolna i nie zawsze skuteczna, wieloletnia walka w sądzie cywilnym oparta na przepisach o bezpodstawnym wzbogaceniu.
A o tym, jak banki poczuwają się do odpowiedzialności za działania własnych struktur, mogą świadczyć ciągnące się latami sprawy przeciwko bankom, których pracownicy okradali konta klientów. Jak stwierdził Stanisław Kluza: „Kolejny przykład to bankowy tytuł egzekucyjny (BTE). To nic innego jak możliwość wydawania przez bank wyroku poza sądem. Choć banki nie są instytucją państwową, ferują wyroki z mocą prawną. BTE jest niesprawiedliwy. Może też powodować, że bank, rewanżując się za wytoczony proces, wepchnie klienta w sytuację, w której wykorzysta tytuł. BTE działa więc jak straszak” („Rząd działa pod dyktando banków”, „Rzeczpospolita” 6.02.2015 r.).
I to jest druga strona zagadnienia, o której przedstawiciele instytucji finansowych mówią i piszą bardzo niechętnie. Skoro przedstawiciel Związku Banków Polskich wielokrotnie odwołuje się do prawa, to może warto mu i instytucji, którą reprezentuje, przypomnieć, że prawo to nie tylko przepisy.
Warstwa normatywna zakorzeniona jest w etyce, w wypadku instytucji finansowych – również na takim samym traktowaniu każdego klienta.
Na tym banki budowały swoją reputację. Kiedyś. Może warto, by wróciły one do swoich korzeni?