Gdyby zostało utrzymane wcześniejsze tempo transformacji energetycznej, zapotrzebowanie na gaz - którego ceny w prawie 90 proc. odpowiadają za podwyżki - byłoby dziś niższe - przekonuje brytyjski serwis specjalizujący się w polityce klimatycznej i energetycznej Carbon Brief.
Jak wyliczają jego analitycy, 2,5 mld funtów to wymierny koszt podjętych w ostatniej dekadzie decyzji, które spowolniły brytyjską transformację energetyczną, a obciążyły rachunki mieszkańców Wysp w tym sezonie. Chodzi m.in. o cięcia wydatków na termomodernizację mieszkań i wycofanie się z norm w tym zakresie dla nowych budynków, a także ograniczenie rozwoju energetyki wiatrowej, na które zdecydował się w ostatnich latach Londyn. Wskutek cięć liczba przyznanych dotacji na ocieplenie domów spadła z ponad 2 mln w rekordowym 2012 r. do ok. 70 tys. w ostatnich latach. W przypadku energetyki wiatrowej decydująca okazała się kombinacja ograniczenia subsydiów z regulacjami ułatwiającymi blokowanie tego typu projektów lokalnym społecznościom. Średni przyrost nowych mocy tego typu, który jeszcze w 2017 r. zbliżał się do 2 GW, spowolnił do zaledwie kilkuset megawatów rocznie.
Stanowisko bliskie brytyjskiemu serwisowi, który kładzie nacisk na rolę surowców kopalnych w obecnym kryzysie, prezentuje szef Międzynarodowej Agencji Energii Fatih Birol. - Obserwujemy niestety po raz kolejny, że wahania na rynkach gazu i energii wiązane są z transformacją energetyczną. Te twierdzenia są, bardzo delikatnie mówiąc, mylące. To nie jest kryzys OZE czy czystej energii. To kryzys rynków gazu - zaznacza.
Reklama
Także w Polsce, gdzie relatywnie większy udział w kosztach wytwarzania energii mają opłaty za uprawnienia do emisji CO2 (ok. 30 proc.), wielu ekspertów mówi o tym, że podwyżki cen są kosztem zapóźnienia i zależności naszej energetyki od importu paliw kopalnych. Inni przekonują jednak, że jest odwrotnie i to nadmierne przyspieszanie transformacji powoduje inflację. O tym, że drożyzna to efekt unijnej polityki klimatycznej, mówił niedawno wicepremier, minister aktywów państwowych Jacek Sasin. Polityk zadeklarował jednocześnie, że Warszawa zrobi wszystko, żeby mający wymusić szybszą dekarbonizację gospodarki pakiet Fit for 55 nie wszedł w życie. Podobne stanowisko promuje m.in. bank Pekao, który niedawno przedstawił własne wyliczenia kosztów śrubowania celów klimatycznych przewidzianego w unijnym pakiecie. „Przyspieszenie transformacji zwiększy popyt na usługi budowy odnawialnych źródeł energii, nisko- i zeroemisyjnych. Zadziała podstawowe prawo popytu i podaży, inwestycje będą coraz bardziej kosztowne i to odbije się na ich rentowności” - twierdzi wiceprezes banku Paweł Strączyński, przekonując, że należałoby utrzymać ostrożniejszy kurs, czyli unijny cel redukcji emisji do 2030 r. wynoszący 40 proc. Wprowadzenie w życie propozycji z Fit for 55 grozi jego zdaniem m.in. wysoką inflacją i pogłębianiem problemu ubóstwa energetycznego.

Reklama
Obawy o tzw. zieloną inflację pojawiają się nie tylko w Polsce. Jej źródłem jest m.in. deficyt surowców kluczowych dla nowych technologii energetycznych i wahania ich cen. Według grudniowego raportu Niemieckiego Instytutu Ekonomicznego (IW) prawie połowa zidentyfikowanych materiałów tego typu (22 z 45), w tym pierwiastki wykorzystywane w produkcji baterii i akumulatorów nowej generacji, jak kobalt, lit czy grafit, należy do grupy wysokiego ryzyka. Zasoby tych surowców, nie dość że ograniczone, są skupione zazwyczaj w rejonach o wysokim poziomie niestabilności. Już dziś wpływa to na dynamikę cen - np. lit był pod koniec zeszłego roku o ok. 240 proc. droższy niż w tym samym okresie 2020. Zarówno rozpropagowanie alternatyw dla technologii opartych na drożejących materiałach, jak i nowe inwestycje w poszukiwania i wydobycie będą się wiązać z kosztami. A problem narasta tym bardziej, im więcej państw i firm decyduje się na kurs w stronę dekarbonizacji. Wraz z rozwojem nowych technologii do problematycznego grona mogą dołączyć kolejne surowce, takie jak nikiel, stosowany w elektrolizerach do produkcji zielonego wodoru.
Objawy zielonej inflacji widać już na amerykańskim rynku OZE. Branżowy portal Inside Climate News odnotowuje, że zniżkowy trend kosztów projektów fotowoltaicznych i wiatrowych odwrócił się w 2020 r., a ceny rosły także przez cały następny rok.
Utrwalenie tej tendencji znacząco podniesie koszty osiągnięcia neutralności klimatycznej. A gdy uderzy w zwykłych obywateli, może przyczynić się do podmycia społecznej legitymizacji polityk klimatycznych i wykolejenia całego transformacyjnego projektu - alarmują eksperci.
Co można zrobić? IW postuluje m.in. wspieranie inwestycji w nowe projekty wydobywcze i recykling, a także utrzymywanie dobrych relacji z państwami bogatymi w surowce. Niemiecki instytut, który swoją analizę przygotował na zlecenie bawarskiego biznesu, sygnalizuje obawy związane z trendem podnoszenia standardów społecznych, pracowniczych i ekologicznych w łańcuchach dostaw (tego typu przepisy przyjęto m.in. w Niemczech, nad podobnymi toczą się prace w Brukseli). Według orędowników tego typu polityki mogą one wesprzeć działania zmierzające do bezpieczeństwa surowcowego (np. poprawiając pozycję konkurencyjną Europy wobec chińskiego przemysłu), jednak przemysł obawia się, że podnoszenie norm może jeszcze bardziej podnieść ceny.
Oprócz działań mających na celu zabezpieczenie dostaw krytycznych surowców w długim okresie na najdotkliwsze skutki zielonej inflacji mogą pomóc osłony dla najuboższych i ściślejsza kontrola cen. Eksperci sugerują, że czas na wypracowanie tych instrumentów jest już dziś. Bardziej liberalnie nastawieni komentatorzy liczą jednak, że na dłuższą metę problem rozwiążą mechanizmy rynkowe, bo wzrost cen będzie bodźcem do inwestycji. ©℗
Fatih Birol: To nie jest kryzys OZE. To kryzys rynków gazu
Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe