Reklama
Paweł Majewski, prezes Zarządu PGNiG SA

Twierdzą, że stara formuła, ustalona w 2012 r., była lepsza, bo gwarantowała spółce niższe ceny. W efekcie zmiany formuły, twierdzą komentatorzy, gaz kupowany przez PGNiG jest drogi, co spowodowało podwyżki rachunków dla gospodarstw domowych, małych rodzinnych firm oraz instytucji opieki społecznej.

Są to twierdzenia nieprawdziwe lub zmanipulowane, naginające fakty i ich chronologię, ignorujące zasady, na jakich działa krajowy i europejski rynek gazu – słowem wprowadzające opinię publiczną w błąd. Jednocześnie pochwały dla starej formuły cenowej są punktem wyjścia dla rehabilitacji kontraktu jamalskiego i długoterminowych umów z Gazpromem. Tym samym autorzy tych komentarzy za pomocą fałszywych argumentów podważają sens polityki państwa w zakresie budowy bezpieczeństwa energetycznego. Polityki, która do tej pory była przedmiotem szerokiej, ponad politycznej zgody wynikającej z powszechnego przekonania co do tego, na czym polega polska racja stanu.

Nie chcę oceniać, czy osoby chwalące starą formułę cenową dążą do rehabilitacji kontraktu jamalskiego w sposób zamierzony czy niechcący. Powinniśmy mieć jednak świadomość, że przedstawiane przez nich argumenty wpisują się w narrację rosyjskich władz, które dążą do wykorzystania bezprecedensowej sytuacji na rynku gazu, aby wzmocnić polityczno-ekonomiczną pozycję Rosji kosztem krajów Unii Europejskiej i innych państw naszego regionu.

Reklama

To bardzo niepokojące zjawisko, dlatego chciałbym rozprawić się z kilkoma mitami, które lansują zwolennicy kontraktu jamalskiego.

Mit 1. Stara formuła cenowa kontraktu jamalskiego była dla nas korzystna

„Stara formuła”, czyli ta zakwestionowana przez PGNiG SA a zmieniona przez Trybunał Arbitrażowy w Sztokholmie na skutek skargi PGNiG, w dużym stopniu była oparta na notowaniach ropy naftowej (a ściśle mówiąc na produktach ropopochodnych), gdzie w przeszłości takie odwołania dominowały w kontraktach na dostawy gazu. Należy pamiętać, że nawiązanie w formułach cenowych gazu ziemnego do ropy naftowej ma historyczne podłoże, kiedy gaz był produktem stowarzyszonym przy wydobyciu ropy naftowej jako głównego produktu. Następnie był produktem substytucyjnym wobec ropy naftowej. Jednak już na początku XXI w., wobec coraz silniej rozwiniętych centrów handlowych gazu ziemnego (huby gazowe) w Europie, firmy kupujące gaz zaczęły domagać się od sprzedawców zmiany formuły na taką, która odzwierciedla aktualną sytuację na rynku gazu. Zmiany w tym kierunku były popierane przez Komisję Europejską, która wielokrotnie stwierdzała, że sposób kształtowania cen w oparciu o notowania produktów ropopochodnych nie ma uzasadnienia rynkowego, co wynikało z zanikającej substytucyjności pomiędzy ropą a gazem oraz innego sposobu kształtowania popytu i podaży na te surowce. Rozbieżność między notowaniami ropy i gazu ziemnego i coraz większy obrót na transparentnych rynkach powodowała, że firmy handlujące gazem były narażone na ryzyko braku spójności pomiędzy kosztem pozyskania gazu a ceną, po której mogły go sprzedać na rynku. W konsekwencji wiele z nich, m.in. Uniper, Naftogaz, Ørsted, Shell, Engie, RWE, Edison, Botas i GasTerra, zdecydowało się wystąpić do Gazpromu o zmianę formuły cenowej na rynkową.

Przyjrzyjmy się jednak konkretnie formule cenowej kontraktu jamalskiego obowiązującej od 2012 roku. Z pewnością nie była to formuła dla nas korzystna, skoro w latach 2010 -2020 PGNiG płaciło za rosyjski gaz jedne z najwyższych stawek w Europie. Ówczesne władze spółki miały tego pełną świadomość i w listopadzie 2014 r. skorzystały z przysługującego spółce prawa do złożenia wniosku o zmianę formuły cenowej, a wobec braku odpowiedzi ze strony Gazpromu pół roku później wezwały go na arbitraż.

Podjęte w 2014 r. decyzje umożliwiły PGNiG SA złożenie w 2016 r. pozwu, co w konsekwencji doprowadziło do sukcesu w postaci wygranej w postępowaniu arbitrażowym w marcu 2020 r. To że postępowanie trwało tak długo wynikało z działań Gazpromu, który stanowczo bronił się przed zmianą formuły. Już samo to daje do myślenia, kto najbardziej korzystał na ówczesnej metodzie ustalania ceny. Jednak jej krajowi apologeci argumentują, że owszem, może trochę przepłacaliśmy za gaz, ale formuła oparta przede wszystkim na cenach ropy chroniła polskich konsumentów przed gwałtownym wzrostem cen.

Ustalona przez Trybunał Arbitrażowy nowa formuła cenowa, wprowadzona z mocą wsteczną od listopada 2014 roku, czyli od momentu, w którym PGNiG wystąpiło do Gazpromu z wnioskiem o zmianę sposobu ustalania ceny, przeliczona ponownie za zrealizowane dostawy gazu w latach 2014-2020, skutkowała tym, że Gazprom był zmuszony zwrócić PGNiG 1,5 mld dol., czyli, według ówczesnego kursu, ponad 6 mld złotych. Oznacza to, że formuła oparta na notowaniach ropy naftowej powodowała, że PGNiG przepłacało za gaz z Rosji ok. miliarda złotych rocznie. Wbrew sugestiom zwolenników poprzedniej formuły, uważam, że nie jest to mała kwota.

O tym, że stary sposób ustalania ceny, ten z 2012 roku, był bardziej po myśli Rosjan niż obecny, najdobitniej świadczy to, co wydarzyło się przed kilkoma dniami. W piątek, 14 stycznia PGNiG otrzymało od Gazpromu wezwanie na arbitraż z żądaniem zmiany warunków cenowych w kontrakcie jamalskim. Gazprom oczekuje podwyższenia ceny za dostawy z mocą wsteczną. Oczywiście, żądanie to jest całkowicie bezzasadne, niemniej cała sytuacja dobrze pokazuje, kto miał interes w tym, aby nie zmieniać starej formuły cenowej, opartej na notowaniach ropy naftowej.

Mit 2. Nowa formuła cenowa spowodowała wzrost cen gazu dla odbiorców

Krytycy rynkowej formuły cenowej twierdzą, że naraziła ona polskich odbiorców gazu na gwałtowny, kilkusetprocentowy wzrost cen paliwa. Jest to zwykła manipulacja wynikająca z niewiedzy albo złej woli. W rzeczywistości, ceny gazu, jakie płacą polskie rodziny oraz przedsiębiorcy, nie mają nic wspólnego z ceną, za jaką PGNiG pozyskuje paliwo w ramach kontraktu jamalskiego. Wpływ ma na to cena na europejskim rynku gazu, która została sztucznie zawyżona, czyli zmanipulowana w wyniku działań Gazpromu.

Ceny dla odbiorców końcowych wyznaczane są w oparciu o rynek, a konkretnie Towarową Giełdę Energii w Warszawie. To właśnie na TGE paliwo kupuje PGNiG Obrót Detaliczny, dostarczające gaz do gospodarstw domowych oraz dla małego i średniego biznesu. Również, co do zasady, w oparciu o notowania na TGE jest wyznaczana cena dla dużych odbiorców (przemysłowych), którym paliwo sprzedaje PGNiG SA. Takie rozwiązanie jest zgodne z przepisami europejskimi (zwłaszcza III pakietu energetycznego), które mają zapewnić, że cena energii będzie wyznaczana w sposób przejrzysty, obiektywny i konkurencyjny.

Cena gazu na TGE jest skorelowana z notowaniami na innych giełdach europejskich, przede wszystkim holenderskiej TTF i niemieckiej THE (korelacja około 99%). To efekt rozwoju wspólnego rynku energii w Europie, którego podstawą – obok jednolitych regulacji – jest infrastruktura umożliwiająca swobodny przeszył gazu z jednego państwa członkowskiego do drugiego. Na jednolitym rynku ceny hurtowe unifikują się, przy czym decydujące znaczenie dla ich poziomu ma sytuacja w największych i najbardziej płynnych giełdach takich jak wspominane TTF i THE.

Dlatego też to, po ile PGNiG kupuje gaz od Gazpromu, czy jakiegokolwiek innego dostawcy, nie ma znaczenia dla cen, które płacą użytkownicy gazu w Polsce. Jeżeli ceny, po których spółka pozyskuje gaz, są wyższe od cen rynkowych, firma będzie musiała ponieść ciężar tej różnicy. Dotyczy to również sześciu miliardów złotych, które PGNiG przepłaciło za rosyjski gaz w wyniku obowiązywania formuły cenowej z 2012 roku. To koszt, który wzięła na siebie spółka, a nie jej klienci. To właśnie z tego powodu PGNiG (a także wiele innych europejskich firm handlujących gazem) dążyło do zmiany formuły cenowej kontraktu z Gazpromem i odejścia od indeksacji opartej o notowania ropy naftowej.

Mit 3. Dobry Gazprom, czyli niech wróci stare

To nie zmiana formuły cenowej w kontrakcie jamalskim jest powodem drastycznego wzrostu rachunków za gaz w Polsce, ale sytuacja na europejskim rynku. Ceny hurtowe rosną na całym kontynencie, a dynamika tych wzrostów jest niespotykana. Kolejne rządy, w tym polski, wprowadzają rozwiązania administracyjne i podatkowe, mające złagodzić skutki podwyżek, idących w setki procent.

Istotną przyczyną tej sytuacji są działania głównego dostawcy gazu na rynek europejski, czyli Gazpromu. Rosyjska spółka ograniczyła eksport gazu do Europy i opróżniła kontrolowane przez siebie europejskie magazyny gazu wywołując tym samym ryzyko niedoborów paliwa. Istnieją podstawy, aby sądzić, że było to działanie z premedytacją, obliczone na wywołanie kryzysu cenowego. Śledztwo w tej sprawie prowadzi Komisja Europejska.

Tymczasem zwolennicy formuły cenowej z 2012 r. suflują prostą receptę: niech wróci stare, podpiszmy kolejny kontrakt długoterminowy z Gazpromem indeksowany do cen ropy a zagwarantujemy sobie pewne dostawy paliwa po przyzwoitej, choć „trochę zawyżonej”, cenie. W obecnej dramatycznej sytuacji, która w oczywisty sposób rodzi lęk, frustracje i niepewność, taka argumentacja może trafić na podatny grunt.

To jest dokładnie to, na co liczy Gazprom i kontrolujący go Kreml. Z Moskwy i Sankt Petersburga co rusz słychać obietnice końca kryzysu, jeżeli tylko ruszy Nord Stream 2, który Rosjanie chcą uruchomić wbrew unijnym przepisom, aby zagwarantować sobie monopol na korzystanie z tej infrastrutkury. Jednocześnie trwa promocja kontraktów długoterminowych: w ostatnich miesiącach piętnastoletnią umowę z Gazpromem podpisały Węgry, nowe wieloletnie kontrakty zostały zaproponowane Serbii i Bułgarii.

Kontrakt z Węgrami przewiduje, że gaz będzie dostarczany z pominięciem tradycyjnej i najkrótszej trasy, czyli przez Ukrainę. W ten sposób Kreml uczynił kolejny ruch osłabiający pozycję tego kraju, z którego niezależnością Rosja nie potrafi się pogodzić. To jeszcze jeden dowód na to, że gaz jest dla Moskwy nie tylko towarem eksportowym, ale narzędziem politycznego wpływu.

Rosja wykorzystuje bezprecedensowy kryzys energetyczny w Europie, aby wzmocnić swoją pozycję, zapewnić przywileje i podważyć zasady konkurencji oraz przejrzystości, na których zbudowany jest europejski rynek gazu. Musimy się temu przeciwstawić. To, co oferują Rosjanie i czemu kibicują zwolennicy „starych, dobrych czasów” to nie rozwiązanie naszych problemów, ale zapowiedź nowych kłopotów.

Dlatego PGNiG będzie kontynuować działania dywersyfikacyjne zgodnie z dotychczasową strategią. Wymaga tego nie tylko interes spółki. Powrót do przeszłości jest sprzeczny z polską racją stanu.