W stosunkach polsko-białoruskich otwiera się nowe pole do współpracy. Warszawa i Mińsk pracują nad umożliwieniem dostaw ropy naftowej przez Polskę na Białoruś, a projektowi patronuje amerykańska dyplomacja. Spodziewane udostępnienie rewersu na ropociągu Przyjaźń zwiększy pole manewru Białorusi w relacjach z Rosją. Będzie ona oddziaływała również na interesy polskich spółek.
Temat dostaw przez Polskę był dyskutowany od lat, jednak rozmowy nigdy nie były tak zaawansowane jak dziś. Od niemal roku obserwujemy bezprecedensową aktywność polityków i spółek po obu stronach granicy. Są już konkretne decyzje inwestycyjne. W lutym PERN, operator ropociągów w Polsce, uruchomił przetarg na prace inżynieryjne mające umożliwić dwukierunkowy przesył surowca na polskim odcinku Przyjaźni. Inwestycja jest uzasadniona chęcią tłoczenia ropy do bazy PERN koło granicy z Białorusią, także w celu realizacji ewentualnych dostaw dla białoruskich rafinerii.
Obecnie przesył w kierunku wschodnim jest możliwy tylko na zakładkę, czyli pod warunkiem wyłączenia dostaw z Rosji do Polski i Niemiec.
Prace inwestycyjne rozpoczęto także na Białorusi, choć w innym wymiarze, jako że tamtejszy operator już teraz dysponuje możliwością dwukierunkowego tłoczenia surowca. W kwietniu prezydent Alaksandr Łukaszenka podpisał rozporządzenie o budowie w latach 2020–2023 rurociągu Homel-Horki, który pozwoli na względnie swobodne przekierowywanie surowca między rafineriami. W tej chwili dostawy z Polski mogłyby zaopatrywać tylko zakład w Mozyrzu, podczas gdy przesył do drugiej rafinerii w Nowopołocku wymagałby wykorzystania rosyjskiego systemu rurociągowego.

Koniunktura dla dywersyfikacji

Dla Mińska to ostatni moment, by przygotować się do nowych realiów funkcjonowania branży naftowej. I nie chodzi tu o skutki pandemii lub niedawnego kryzysu w dostawach z Rosji. Podstawowym powodem jest trwający w Rosji od kilku lat tzw. manewr podatkowy, polegający na stopniowym zastępowaniu cła eksportowego na ropę podatkiem od jej wydobycia. Dziś Białorusini importują surowiec z pominięciem cła, przez co w praktyce otrzymują od Rosjan upust względem cen rynkowych równy stawce celnej. Gdy w 2024 r. cło eksportowe na ropę zostanie zupełnie zniesione, Mińsk straci to subsydium. I choć rosyjska ropa powinna pozostać konkurencyjna, Białorusinom może się opłacać także częściowe zdywersyfikowanie dostaw.
Jak wskazywał Łukaszenka jesienią 2019 r., rewersowe dostawy przez Polskę powinny okazać się najtańszą opcją importu nierosyjskiej ropy. Rozmowy o rewersie mogły przyspieszyć dzięki zaangażowaniu polskich i – jak wszystko wskazuje – amerykańskich decydentów. Waszyngton w coraz większym stopniu próbuje oddziaływać na region Europy Środkowej i Wschodniej przez współpracę energetyczną, zaś Warszawa stara się wykorzystać ten moment, by stać się niezbędnym elementem nowych korytarzy przesyłu ropy i gazu. Amerykanie chcą lokować swoje surowce, docelowo uniezależniając przy tym poszczególne państwa od rosyjskich koncernów. My zaś chcielibyśmy w jak największym stopniu obsługiwać te dostawy.
Chodzi o wykorzystanie polskiej infrastruktury i pośrednictwo polskich traderów. Z tej drugiej opcji stara się już teraz korzystać prywatny Unimot posiadający kontakty w USA i na Wschodzie. W piątek podano, że to właśnie ta spółka pośredniczy przy planowanej na czerwiec historycznej dostawie amerykańskiej ropy na Białoruś (ładunek trafi do Nowopołocka przez litewski port w Kłajpedzie). To ciekawe, bo prezes Unimotu Adam Sikorski już w sierpniu 2019 r. występował jako pośrednik w umowie między Białorusinami a amerykańskim lobbystą Davidem Gencarellim. Lobbing dotyczył przedłużenia obowiązujących od pięciu lat wyłączeń białoruskich spółek naftowych spod amerykańskich sankcji.

Co z państwowymi spółkami?

Niezależnie od korzyści politycznych (osłabienie pozycji Rosji, zwiększenie znaczenia Polski w relacjach z USA) istotny pozostaje wpływ zmian na polskie spółki państwowe. Po pierwsze, ewentualny przeładunek i tranzyt ropy dla białoruskich rafinerii będzie oznaczał zysk dla PERN, właściciela gdańskiego Naftoportu i polskiego systemu przesyłowego. Spółka zarabia na obsłudze dostaw i w jej interesie leży jak największe wykorzystanie rewersu na Przyjaźni. Zgodnie z dokumentami przetargowymi PERN możliwość tłoczenia ropy w stronę Białorusi ma wynosić aż 15,8 mln ton rocznie, jednak tak ogromne wolumeny nie wchodzą dziś w grę. Skoro rosyjskie dostawy mają pozostać subsydiowane do 2024 r., w najbliższych latach import przez Polskę będzie uzupełnieniem, a nie podstawowym źródłem zaopatrzenia białoruskich rafinerii. Również w dalszej perspektywie nie jest jasne, czy rewers nie stanie się dla Białorusinów przede wszystkim kartą przetargową w negocjacjach z Moskwą. Wzrost zapotrzebowania na dostawy z Polski będzie występował okresowo, np. podczas kryzysów w relacjach z Rosją.
Po drugie, niezależnie od układanki geopolitycznej Białorusini pozostają poważnym konkurentem dla polskich rafinerii. Wspierając ich niezależność, należy pamiętać o interesach Lotosu i Orlenu. Dodatkowe źródło dostaw jest korzystne dla białoruskich rafinerii, dając im szansę uzyskania lepszych warunków importu z Rosji i optymalizację marży. Tak rozumiany zysk Białorusinów to potencjalna strata konkurencji, czyli polskich koncernów, która powinna zostać zrównoważona przez pakietowe rozszerzenie współpracy Warszawa – Mińsk o inne aspekty. Jednym z rozwiązań może być udostępnienie części białoruskich mocy rafineryjnych na zasadach tzw. tollingu. Polskie spółki mogłyby wówczas za określoną opłatą produkować paliwa na Białorusi, uzyskując nowe korzyści. Przerób w Mozyrzu mógłby np. dawać dodatkowy punkt wejścia na rynek ukraiński lub nawet zapewniać kolejne wolumeny na potrzeby polskich konsumentów na wschodzie kraju. Możliwości współpracy jest więcej. Grunt to nie zapomnieć o ich wprowadzeniu do agendy rozmów.