Dziś zaczyna obowiązywać ustawa o rynku mocy, pozwalająca na wsparcie energetyki. Przepisy jednak wciąż czekają na notyfikację Komisji Europejskiej.
Reklama



Mowa o mechaniźmie pozwalającym na płacenie wytwórcom energii elektrycznej nie tylko za realną produkcję, ale i za gotowość w szczycie, czyli za dodatkowe moce. Projekt trafił do Sejmu na początku lipca. Prace opóźniały negocjacje z Brukselą, która musi notyfikować prawo, bo to rodzaj pomocy publicznej. Ustawę przyjęto w grudniu, Komisja Europejska nadal nie zajęła stanowiska. Nie jest więc przesądzone, że nowe przepisy w przyszłości będą obowiązywały w tym kształcie, w którym wchodzą w życie. Może się okazać, że UE postawi warunki, które będą oznaczały konieczność nowelizacji dokumentu (z Ministerstwa Energii płyną uspokajające głosy o tym, że ustawa powinna zostać notyfikowana).
Przeciwnicy rynku mocy grzmią, że to mechanizm, który pośrednio wspierać będzie górnictwo węglowe, (węgla produkujemy ok. 85 proc. prądu). Jednak Wojciech Zubowski (PiS), poseł sprawozdawca dokumentu, przekonywał w Sejmie w grudniu, że dużo gorsze i droższe dla gospodarki będzie niewprowadzanie mechanizmu. Bez nowych mocy i w perspektywie konieczności wyłączania (zgodnie z unijnymi wymogami) starych bloków system nie udźwignie wzrostu zapotrzebowania na energię elektryczną. Przypomnijmy, że od początku tego roku nie działa już elektrownia Adamów opalana węglem brunatnym, której 600 MW mocy odpowiadało za 2 proc. krajowych mocy. Zdaniem Zubowskiego brak rynku mocy będzie kosztował naszą gospodarkę 10 mld zł rocznie.
Według szacunków Ministerstwa Energii przez dekadę koszt tego rozwiązania wyniesie ok. 27 mld zł. Najwięcej, bo niemal połowę tej sumy, zapłacą małe i średnie przedsiębiorstwa, a najmniej, bo mniej niż 8 proc. wszystkich kosztów, przemysł energochłonny. Pierwsze opłaty mocowe po kilka złotych miesięcznie na gospodarstwo domowe mają zacząć obowiązywać od 2021 r.