Oczywiście, system ma mnóstwo wad. Jednak trudno powiedzieć, że to OFE są powodem gwałtownego wzrostu długu. Tak się bowiem składa, że do funduszy płynie gotówka wypracowywana przez ich klientów. Nikt się na rzecz funduszy nie zadłuża.

Teza o tym, że fundusze są przyczyną wzrostu długu, to wynik pewnego uproszczenia. Ktoś kiedyś uznał, że skoro część składki trafiająca do OFE nie zasila już FUS, to musi on być w większym stopniu dotowany, a w takim razie zadłużenie to wina OFE. Jednak trzeba pamiętać, że państwo emituje więcej obligacji, aby zasilić Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, który wypłaca bieżące emerytury. To on jest przyczyną wzrostu długu.

Nikt do tej pory nie zapytał, czy FUS nie jest zbyt hojny. Czy emerytury nie są zbyt wysokie? Czy obecni świadczeniobiorcy nie powinni choć w części partycypować w kosztach reformy? Stało się odwrotnie – zmniejszenie składki do OFE oznacza odebranie oszczędności na przyszłość części społeczeństwa, aby rozdać ją innej. Na dodatek to na klientów funduszy spadnie obowiązek spłacania długów, jakie obecnie zaciągane są na wypłatę emerytur.

Od samego początku reformy było jasne, że spowoduje ona konieczność zwiększenia dotacji do FUS. Kolejne rządy powinny o tym pamiętać i tak prowadzić gospodarkę finansową, aby uzyskać nadwyżkę, która pozwoliłaby sfinansować koszt reformy. Zwiększenie dotacji do FUS było jednak finansowane deficytem, podobnie jak inne wydatki.

O ile więc trudno oskarżać OFE o to, że powodują wzrost długu, bo to raczej wynik rosnącej liczby emerytów, to nie da się ukryć, że system jest drogi i niespecjalnie efektywny. Tylko że te wady funduszy wynikają przede wszystkim z konstrukcji ustawy. Mało kto wie, że przez lata tylko za przesłanie pieniędzy do funduszy ZUS pobierał haracz w wysokości 0,8 proc. składek. Jeśli do tego dołożyć opłaty na nadzór, pieniądze wpłacane na rachunek premiowy itd., to pewnie uzbiera się około 1 proc. opłat, które nie trafiają na konta klientów, bo tak zarządziło państwo. Jednak pozostałe 2,5 proc. to nadal dużo. Pieniądze te idą na powszechne towarzystwa emerytalne, które zarządzają OFE. To moim zdaniem zbędne instytucje, ale ich utrzymywania wymaga państwo. Trzeba utrzymywać odrębny zarząd, zespół zarządzających, a do tego obsługę administracyjną. Te koszty można by zredukować, gdyby po pierwszym etapie reformy nastąpił drugi.

Głównym powodem istnienia PTE jest ryzyko dopłat. Jeśli OFE nie uzyska minimalnej stopy zwrotu, wtedy PTE ma obowiązek dopłacić do rachunków klientów. I rzeczywiście, zdarzały się takie przypadki, nawet dość kosztowne. Kilka lat temu, kiedy PTE zarządzające Bankowym, musiało dopłacać dwukrotnie, wydało na to grubo ponad 30 mln zł. Tylko że obecnie taka dopłata mogłaby skutkować bankructwem PTE. Wtedy do rachunków musiałoby dopłacać państwo.

Czas pójść dalej i urynkowić system emerytalny, bo państwo z nim sobie nie poradzi

Minimalna stopa zwrotu liczona jest na podstawie tzw. średniej ważonej. Od dawna przedstawiciele OFE mówili, że wiąże im ona ręce. Oczywiście branża najchętniej pozbyłaby się jej z obawy przed ryzykiem dopłaty, ale trzeba przyznać, że pogarsza ona efektywność OFE. W rezultacie mamy na rynku fundusze o bardzo podobnej polityce inwestycyjnej. A trudno oczekiwać, że ktoś zarobi więcej niż konkurencja, skoro kupuje i sprzedaje to samo i wg podobnych zasad. Z powodu średniej ważonej właśnie nie mamy ani funduszy stricte akcyjnych, ani wyłącznie obligacyjnych czy pieniężnych. W rezultacie klienci dość szybko przestają się interesować wynikami własnego OFE. Przecież większych różnic nie widać, a na dodatek wszędzie mają to samo.

O tym, że obecna konstrukcja systemu emerytalnego jest zła, świadczy choćby fakt, że od 1999 r., kiedy ruszyła reforma, nie powstał ani jeden nowy fundusz. Obecnie dysponują one kwotą blisko 225 mld zł, czyli ponad 65 mld dolarów i przeszło 51 mld euro. To kwoty nie do pogardzenia dla żadnej instytucji zajmującej się inwestowaniem, zwłaszcza w czasie kryzysu. Tymczasem nikt nie odważył się wejść na rynek polskich funduszy emerytalnych. Powód jest prosty – taka operacja byłaby bardzo kosztowna i obarczona dużym ryzykiem porażki. A bez dopływu nowych podmiotów i bez zwiększonej konkurencji nie ma co liczyć ani na lepsze wyniki, ani na niższe opłaty.

Sytuacja wyglądałaby inaczej, gdyby uznano, że pierwsza część reformy jest już za nami i można by zrobić krok dalej – zliberalizować drugi filar. Mam na myśli to, że fundusze emerytalne prowadzą inne niż PTE instytucje, rezygnujemy ze średnich stóp zwrotu ze świadomością, że może to oznaczać rozwarstwienie wysokości emerytur w przyszłości i ułatwienie klientom przelewania środków z jednego podmiotu do drugiego oraz zwiększenie liczby funduszy emerytalnych.

Wszystko to łączyłoby się z rezygnacją z budżetowych gwarancji dla emerytur, jakie będą wypłacane z II filaru. Oznaczałoby to zdjęcie z państwa obowiązku, z którym już teraz sobie nie radzi, a w przyszłości będzie radziło sobie jeszcze gorzej. Demografia mówi jasno – za kilkanaście lat emerytów będzie za dużo, aby pracujący byli w stanie ich utrzymać. Konieczne będzie zwiększenie i tak zbyt dużego zadłużenia albo otwarcie na imigrację, która na razie u nas jedynie raczkuje, albo zamknięcie interesu pod nazwą ZUS. Proszę pamiętać, że wzrost liczby osób starszych zwiększy też koszty opieki zdrowotnej, co dodatkowo będzie obciążać budżet.

W jednym z hrabstw na Florydzie, gdzie lubią spędzać emeryturę Amerykanie, szkoły i przedszkola były dramatycznie niedofinansowane. Za to na bardzo wysokim poziomie stały usługi dla seniorów. Jeśli nie chcemy, aby za kilkanaście lat Polska stała się krajem dla starych ludzi, z którego młodzi uciekają, warto zastanowić się nad dokończeniem reformy i całkowitym sprywatyzowaniem systemu emerytalnego. Albo rzeczywiście zlikwidować OFE i wrócić do ZUS, ale z części pieniędzy trafiających do II filaru finansować wysokie świadczenia dla kobiet, które chcą mieć dzieci w nadziei, że dzięki temu Polki zaczną rodzić trzy razy częściej niż obecnie.