Nie przypominam sobie przetargu, którego wyniki nie byłyby zaskarżane, bo odrzucano oferty, w których brakowało przecinka, jednej z tysięcy parafek lub też dokumenty zostały złożone minutę po terminie. (Bo osoba niosąca dokumentację przetargową utknęła w windzie i nie wydobyto jej stamtąd – osoby, a nie dokumentacji – na czas. Potwierdzenie faktu spędzenia 2 godzin w windzie świadkowie zdarzenia byli, ale i tak nie pomogło. Autentyk). W tym kontekście powód unieważnienia ostatniego przetargu (nie otwierały się pliki zawierające wyjaśnienia urzędu do dokumentacji przetargowej – a raczej zaczęły się otwierać z kilkugodzinnym opóźnieniem) i ostrożność UKE nie powinny dziwić.
Przez ostatnie tygodnie rynek dość zgodnie, choć każdy w innym zakresie, krytykował przygotowaną przez UKE dokumentację przetargową. Unieważnienie przetargu dało cień nadziei na wprowadzenie w nim większych zmian, co jednak nie nastąpiło. Można się więc zakładać, iż przez najbliższe tygodnie walka operatorów się zaostrzy. Wszystkie chwyty będą dozwolone. Telekomunikacyjne buldogi z reguły gryzą się pod dywanem, jednak czasem, skuszona okazją, wychyla się spod niego jakaś głowa i – ku uciesze obserwatorów – kąsa publicznie. Taką okazją stało się zeszłotygodniowe odwołanie szefowej UOKiK. W dniu odwołania p. Krasnodębskiej-Tomkiel jeden z operatorów wytoczył najcięższe działa i napisał list otwarty wskazujący, iż jego konkurenci prawdopodobnie łamią prawo (przekroczyli decyzję UOKiK zezwalającą na współpracę). List oczywiście zawierał też postulat natychmiastowego wszczęcia wszelakich kontroli. Nic, tylko pogratulować refleksu. Zapowiedzi szefostwa Orange o nieumieraniu za częstotliwości pod LTE też można potraktować z przymrużeniem oka.