Walutowe „trzęsienie ziemi” z połowy stycznia stało się jednak czynnikiem uświadamiającym rozmiar problemu, a także nieograniczoną wręcz skalę ryzyka walutowego, jakie mocno zaciążyło w ostatnich latach krajowemu rynkowi kredytów mieszkaniowych. Nie może więc specjalnie dziwić, że poważnemu przyśpieszeniu uległ proces poszukiwania rozwiązań zaistniałej sytuacji przez stosowne instytucje. 

Dotychczas najbardziej aktywnym podmiotem poszukującym optymalnego rozwiązania, zakładającego zminimalizowanie konfliktu interesów sektora bankowego i jego klientów spłacających kredyty denominowane, stała się Komisja Nadzoru Finansowego. Ta zdążyła już zakomunikować aż dwie propozycje, obie zakładające przewalutowanie spłacanych przez frankowców hipotek – mówi Jarosław Jędrzyński, analityk rynku nieruchomości w portalu RynekPierwotny.pl. 

Ponieważ jednak pierwsza z ofert KNF-u okazała się nadmiernie faworyzująca frankowych dłużników hipotecznych, a więc zdecydowanie niekorzystna dla banków, w drodze prób i błędów powstała kolejna koncepcja. Zakłada ona z kolei równy podział po połowie ryzyka i obciążeń całej operacji na banki oraz ich hipotecznych kredytobiorców walutowych. Czy ten pomysł ma większe szanse na wdrożenie w życie? Raczej wątpliwe, zwłaszcza w świetle sygnałów docierających z gremiów rządowych.

W tym przypadku również niełatwo o jedno konkretne stanowisko dotyczące sprawy kredytów denominowanych. Jednak główne przesłanie strony rządowej wydaje się być takie, że o żadnym ich przewalutowaniu na dzień dzisiejszy mowy być nie może. Same nasuwają się więc pytania - skoro nie dziś, to kiedy? skoro nie przewalutowanie, to co?

Być może odpowiedzi na te pytania przyniesie zaplanowana na 11 marca prezentacja koncepcji rozwiązania problemu związanego z kredytami we frankach szwajcarskich, którą przygotowuje Związek Banków Polskich. Według zapowiedzi prezesa ZBP „koncepcja będzie przedstawiała mechanizmy sprzyjające podjęciu decyzji przez kredytobiorcę, aby w odpowiednim momencie dokonać zamiany kredytu walutowego na złotowy".

Jak z tego wynika, pomysł ZBP będzie zakładał rozwiązanie problemu frankowców poprzez przewalutowanie „w odpowiednim momencie”, a więc w bliżej nieokreślonej przyszłości. Niestety, jakie zagrożenia niesie ze sobą „czekanie na lepsze czasy” z załatwieniem sprawy kredytów mieszkaniowych typu CHF, pokazały wydarzenia ostatnich tygodni.

Frankowcy na „wojennej ścieżce”

Tymczasem ciągłej eskalacji podlega proces organizowania się frankowców w swoiste „grupy nacisku”, których celem jest nie tylko walka, by nie powiedzieć swoista „wojna” z bankami w sądach poprzez pozwy zbiorowe, ale także wywieranie presji na wszelkie możliwe instytucje państwa z urzędem Prezydenta RP na czele. 

Celem tych działań jest „odfrankowienie” umów kredytowych, przez co należy rozumieć ich przewalutowanie najchętniej po kursie z dnia zaciągnięcia kredytu. Takie rozwiązanie spowodowałoby zdjęcie z setek tysięcy rodzimych gospodarstw domowych, spłacających denominowane w CHF hipoteki, od lat systematycznie materializującego się ryzyka kursowego oraz mocno nabrzmiałego w ostatnich latach, pomimo rzetelnego regulowania rat kredytowych, garbu złotowego salda zadłużenia. Obecnie często przekracza ono nawet dwukrotność wartości wyjściowej, podobnie jak i aktualnej wartości rynkowej kredytowanej nieruchomości.

Oczywiście w polskich realiach na stosowne rozstrzygnięcia prawne, wynikające z coraz liczniejszych inicjatyw frankowców, przyjdzie poczekać nie miesiące ale raczej całe lata. Bardzo trudny do przewidzenia jest też sam finał zbiorowych pozwów sądowych w postaci treści sądowniczych orzeczeń. W związku z tym brak systemowego uregulowania kwestii kredytów typu CHF stworzy warunki długoterminowego funkcjonowania rodzimego sektora bankowego w środowisku istotnie podwyższonego ryzyka operacyjnego. Będzie ono wynikało z wysokiej niepewności końcowego efektu uwikłania najbardziej reprezentatywnych przedstawicieli branży w nie kończące się procesy sądowe. Ich ewentualny niekorzystny dla bankowców rezultat byłby bowiem jednoznaczny z wielomiliardowymi stratami – tłumaczy analityk portalu RynekPierwotny.pl. 

Nie da się też chyba uniknąć mniej lub bardziej poważnych strat wizerunkowych szeregu tuzów sektora bankowego, ze szczególnym wyróżnieniem tych, których ekspozycja na mieszkaniowe kredyty denominowane jest największa. 

Skutki zawirowań wynikających z sytuacji na rynku kredytów hipotecznych indeksowanych w helweckiej walucie, a co za tym idzie także z położenia banków najmocniej na tym rynku zaangażowanych kapitałowo, mocno odczuwa w ostatnim czasie warszawska GPW. Tak się składa, że koniunktura w giełdowym segmencie bankowym jest w dużym stopniu decydująca dla jakości sentymentu rodzimych inwestorów giełdowych. Niestety nastroje tych ostatnich, w dużej mierze wskutek trwającej dekoniunktury na walorach banków, wydają się być wciąż dalekie od euforii. 

Cała nadzieja we Franku

Wydaje się więc, że frankowcy nie mogą za bardzo liczyć na przełomowe rozstrzygnięcia ich sytuacji przynajmniej w dającej się przewidzieć perspektywie. Oczywiście będą jakieś pomysły, obietnice łagodniejszego traktowania przez banki, czy też jakieś pseudo systemowe rozwiązania w postaci półśrodków. Jednak jedynym realnym sposobem pełnej eliminacji ciążącego na frankowcach ryzyka kursowego jest przykład węgierski, czyli przewalutowanie kredytów denominowanych w CHF na rodzimą walutę. Aby przy okazji pozbyć się garbu salda złotowego zadłużenia na poziomie LtV nie tylko wyższym niż 100, ale coraz częściej nawet 200 procent, przewalutowanie to musiałoby być przeprowadzone po kursie CHF/PLN znacznie niższym niż obecnie obowiązujący – dodaje analityk portalu RynekPierwotny.pl. 

W skrajnym przypadku koszt przewalutowania kredytów mieszkaniowych denominowanych w CHF na polskie złote po kursie z dnia zaciągnięcia zobowiązania szacowany był jeszcze w ubiegłym roku, a więc przed styczniowym skokowym umocnieniem franka, na około 50 mld złotych. To gigantyczna suma, na wyłożenie której nie stać w żaden sposób nie tylko rodzimego sektora bankowego, ale nawet budżetu państwa

Przy okazji warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że ewentualne rozwinięcie się w Polsce w pełnym wymiarze kryzysu hipotecznych kredytów wysokiego ryzyka klasy „subprime”, do których z pewnością zaliczają się rodzime kredyty mieszkaniowe typu CHF, wygenerowałoby straty przy których kwota 50 mld złotych wydawać by się mogła „skromnym” budżetem. Stały by się one powszechnym udziałem krajowej gospodarki ze szczególnym uwzględnieniem sektora bankowo-finansowego, szerokiego rynku nieruchomości, branży dewelopersko - budowlanej, a także w szczególnym stopniu kapitalizacji warszawskiej GPW. 

Na szczęście prawdopodobieństwo aż tak pesymistycznego scenariusza znacznie zmalało wraz ze spadkiem kursu franka o dokładnie pół złotego w stosunku do krytycznych wręcz poziomów z połowy stycznia br. Na razie notowania CHF/PLN w okolicach 3,90 nie oznaczają nic więcej poza ruchem powrotnym kursu do kilkuletniego przedziału stabilizacji notowań pomiędzy 3,30 a 3,65. Niestety w obecnej sytuacji makroekonomicznej średnioterminowa perspektywa powrotu kursu franka względem złotego do poziomów styczniowych jest znacznie bardziej prawdopodobna od ewentualności dalszego istotnego umocnienia rodzimej waluty. Jednak jak wiadomo na rynku walutowym nie ma rzeczy niemożliwych, a poza tym mocny złoty wydaje się na dziś dzień dla frankowców jedyną realną furtką do „powrotu z dalekiej podróży”. W tej sytuacji nie pozostaje im nic innego jak tylko trzymanie kciuków za dalszą silną aprecjację krajowego pieniądza. 

Jarosław Jędrzyński – Rynek Pierwotny.pl