Co doprowadziło do tak dramatycznej zmiany nastrojów na rynkach?

Przez pierwsze trzy miesiące wydawało się, że opiewająca na bilion euro długoterminowa pożyczka udzielona bankom przez Europejski Bank Centralny jeśli nie rozwiązała problemu, to przynajmniej odsunęła go na kilka lat. Popyt na dług krajów strefy euro miał być bowiem zapewniony – banki dostały szansę łatwego i względnie bezpiecznego zarobku na różnicy w oprocentowaniu pożyczki z EBC (1 proc.) i obligacji włoskich czy hiszpańskich (między 3,5 a 5 proc.). Instytucje finansowe rzeczywiście ochoczo zgłosiły się do programu i zrobiły zgodny z oczekiwaniami użytek z pożyczonych środków. Po kilku tygodniach rządy mogły pożyczać nawet dwa razy taniej, zwłaszcza na termin nie dłuższy niż ten, który zaoferował bankom Mario Draghi.

Teraz jednak, szczególnie w Hiszpanii, po całej operacji nie ma śladu. Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie dzieli polityków i ekonomistów na dwa obozy. Nazwijmy je, posiłkując się terminologią Isaiaha Berlina, „stronnictwem jeży” oraz „frakcją lisów”. Jak zauważył za starożytnym poetą Berlin: „Lis wie wiele rzeczy, ale jeż jedną niemałą”. Ta sentencja dobrze oddaje charakter sporu.

Zacznijmy od racji reprezentowanej przez jeże. Dosłownie rzecz biorąc, wiedzą one, że w sytuacji zagrożenia trzeba przede wszystkim możliwie szybko i zdecydowanie zwinąć się w kulkę i czekać, aż napastnik sobie pójdzie. Skupianie się w tym czasie na innych rzeczach (jak na przykład niesionych na grzbiecie smacznych jabłkach) może tylko niepotrzebnie spowolnić odruch obronny i narazić życie jeża na zagrożenie. W realiach euro kryzysu oznacza to konieczność jak najszybszego wdrożenia w Europie programów oszczędnościowych – przede wszystkim cięć wydatków publicznych i jeśli to konieczne również podwyżki podatków. Skoro bowiem wydawane jest więcej niż wynoszą wpływy, a dług sięgnął już niebezpiecznego poziomu, dla oszczędności nie ma alternatywy.

Jeże tak więc tłumaczą obecną sytuację: pożyczka z EBC była szansą, którą politycy zmarnowali. Gdyby Hiszpanie nie podnieśli prognoz deficytu na ten rok, Holendrzy zgodzili się na plan oszczędnościowy, Włosi byli bardziej konsekwentni w reformowaniu gospodarki, nie byłoby powrotu rynkowego niepokoju. Z ich punktu widzenia jest to nauczka (choć tak naprawdę dawno to wiedzieli), że nie można dawać politykom łatwych pieniędzy bez twardego zobowiązania do podejmowania trudnych decyzji. Jeż bowiem zdąży się zwinąć w kulkę, tylko jeśli poczuje bliskość napastnika.

Co na to lisy? One wiedzą wiele rzeczy, także i to, co jeże. Zrównoważenie budżetów jest na dłuższą metę konieczne, ale to niejedyny cel, a czyniony w pośpiechu jest przeciwskuteczny. Zwiększanie oszczędności rządu wtedy, gdy robią to już przedsiębiorstwa i gospodarstwa domowe (jest przecież recesja), to, jak twierdzi lis Paul Krugman na łamach „New York Timesa”, „ekonomiczne samobójstwo Europy”. Spadek wydatków konsumpcyjnych (prywatnych i publicznych) przy braku popytu inwestycyjnego, który nie pojawi się, póki sytuacja się nie ustabilizuje, prowadzi do masowych bankructw i zwolnień. Dokąd kondycja sektora prywatnego nie poprawi się, rządy nie powinny zaciskać pasa, bo gospodarka zupełnie się załamie, drastycznie wzrośnie bezrobocie, spadną wpływy podatkowe i finanse publiczne runą.

Lisy wyjaśniają bieżącą sytuację tak: rynki dostrzegły, że pakiety oszczędnościowe ciągną gospodarki na dno, co jeszcze bardziej obniża dochody budżetów. Nowe cięcia pogorszą sytuację, dlatego teraz konieczna jest kolejna interwencja EBC i złagodzenie programu reform.

Argumenty obu stron brzmią przekonująco, nie brakuje im zwolenników. Pod koniec roku wydawało się, że jeże, reprezentowane przez Niemcy, Holandię, Finlandię, Europejski Bank Centralny, a po części także Francję Sarkozy’ego i Polskę, zyskały przewagę. Podpisano pakt fiskalny, odsunięto od władzy starego lisa Berlusconiego, a wybory w Hiszpanii wygrało stronnictwo, jak się zdawało, projeżowe. Teraz jednak jeże są wyraźnie w odwrocie: we Francji wybory wygrał socja-lis-ta Francois Hollande obiecujący renegocjację paktu fiskalnego, a nowy hiszpański premier Mariano Rajoy okazał się farbowanym lisem. Wielu polityków europejskich otwarcie wzywa już EBC do wznowienia programu zakupu obligacji. Nas w Polsce mało to na szczęście dotyczy, ale ma wpływ na strefę euro, do której pewnie wejdziemy. Komu więc kibicować?

W europejskiej bajce trzymam raczej stronę jeży. Zrównoważenie budżetów powinno być możliwie szybkie. Z jednej strony, reformując od razu, gromadzi się mniej nowego długu. Z drugiej, społeczeństwo łatwiej znosi duże poświęcenia przez dwa-trzy lata niż powolne zaciskanie pasa przez dekadę. Cięcia trzeba połączyć z reformami strukturalnymi, zwłaszcza z liberalizacją rynku pracy. Wtedy po ostrej recesji nastąpi mocne i długotrwałe odbicie. Eksport stanie się bardziej konkurencyjny, pojawi się popyt inwestycyjny, wchłaniając stopniowo bezrobocie.

Podobała mi się też przyjęta w grudniu strategia kija i marchewki. Szefowa MFW Christine Lagarde przypomniała niedawno w dyskusji na ten temat wymianę zdań między Rousseau a Wolterem. Autor „Umowy społecznej” miał narzekać, zwracając się do autora „Kandyda”, że „życie jest jednak ciężkie”. Wolter odpowiedział mu na to: „Tak, a w porównaniu z czym?”. Tylko utrzymywanie groźby bankructwa czyni trudne reformy możliwymi. Różnica między bankructwem a reformami musi być jednak znacząca. To jest właśnie miejsce dla marchewki w postaci delikatnej pomocy EBC, która gwarantuje, że z powodu chwilowej utraty zaufania rządy nie stracą dostępu do rynków i będą kontynuować reformy. Politycy europejscy muszą więc balansować na krawędzi – zachęcać do działań obietnicami pomocy, ale nie doprowadzić do permanentnego finansowania deficytów budżetowych przez EBC, co grozi wzrostem inflacji.

W sytuacji zagrożenia jeż natychmiast zwija się w kulkę. Za to lis działa sprytnie, a nie w pośpiechu. To samo różni zwolenników cięć i interwencji

Maciej Bitner, analityk Wealth Solutions