Obserwując intensywne dyskusje dotyczące kredytów frankowych, trudno oprzeć się wrażeniu, że gdzieś po drodze straciliśmy racjonalne myślenie i zdroworozsądkowe podejście do tego tematu. Debata publiczna jest napędzana przez kredytobiorców lub ich przedstawicieli, sugerujących i kształtujących opinię, że byli przez banki oszukiwani. Warto zwrócić uwagę na kilka istotnych, ale zapomnianych lub pomijanych faktów.
Reklama
W odpowiedzi na rozpoczęty w latach dwutysięcznych boom na rynku nieruchomości w Polsce banki zaczęły oferować produkty umożliwiające klientom finansowanie ich potrzeb mieszkaniowych. Rosło zapotrzebowanie na kredyty hipoteczne, oparte zarówno na tradycyjnym finansowaniu w walucie krajowej, jak i w walutach obcych, głównie we frankach szwajcarskich. Walutowe kredyty hipoteczne okazały się atrakcyjne ze względu na niższe i stabilniejsze stopy procentowe. Działo się tak aż do 15 stycznia 2015 r., kiedy Szwajcarski Bank Narodowy odstąpił od utrzymywania kursu wymiany franka do euro na poziomie 1,20. Wydaje się, że samoczynnie kontrolowalne do tej chwili ryzyko walutowe zostało zlekceważone przez kredytobiorców.
Omawiając problem kredytów hipotecznych, należy zwrócić uwagę, że nominalna kwota takich kredytów jest w większości przypadków wysoka. Kredyty takie są udzielane na długi, kilkudziesięcioletni okres. Te dwa czynniki powodują, że finalna kwota, którą kredytobiorca musi zwrócić bankowi, wydaje się wysoka w porównaniu z innymi kredytami konsumenckimi, pomimo że kredyt hipoteczny jest produktem kredytowym najniżej oprocentowanym. Odnoszę wrażenie, że wiele osób o tym zapomina.
Długoterminowy kredyt hipoteczny zasadniczo opiera się na elementach zmiennych i niekontrolowanych przez bank i kredytobiorcę, wyznaczających wartość i cenę takiego kredytu. Jeden taki element występuje w przypadku kredytów w złotych, dwa takie elementy istnieją w przypadku kredytów walutowych, denominowanych czy indeksowanych do waluty obcej. Pierwszym, trudnym do oszacowania w długoterminowej perspektywie, jest stopa procentowa. Drugim czynnikiem ryzyka w przypadku kredytobiorców nieuzyskujących dochodów w walutach obcych i zaciągających kredyty walutowe jest zmienność kształtowania się kursu waluty obcej.
Indeksy stóp procentowych korelują z siłą i zmiennością danej waluty, ponieważ odzwierciedlają kondycję konkretnej gospodarki. Dlatego pod koniec 2000 r. stawka WIBOR dla kredytów w złotych była wielokrotnie wyższa od stawki LIBOR dla kredytów we frankach czy EURIBOR dla kredytów w euro. Ta różnica utrzymuje się do dzisiaj. Wskazane zmienne parametry wyznaczające wartość i cenę kredytów podlegają wahaniom i są w długich okresach nieprzewidywalne.
Cofnijmy się jednak do końca 2000 r., kiedy klienci stanęli przed wyborem spłaty znacznie wyższej raty kredytowej w złotych w stosunku do raty kredytowej wyrażonej we frankach, w sytuacji zaciągnięcia kredytu nominalnie tej samej wartości. Taką korzyść kredytobiorcy frankowi mogli uzyskać tylko wówczas, gdy zaakceptowali ryzyko zmiany wartości waluty obcej w stosunku do złotego. W zamian za akceptację takiego ryzyka kredytobiorcy uzyskiwali ograniczenie drugiego z czynników zmiennego ryzyka, czyli niższą i stabilniejszą stopę procentową LIBOR w stosunku do WIBOR.
Jaki więc faktyczny wpływ miały wskazane czynniki i wybory kredytobiorców na wysokość rat? Większość kredytobiorców zaciągających kredyty walutowe lub odnoszone do franka płaci niższą ratę niż na początku okresu kredytowania i to pomimo inflacji. Wynikało to z faktu, że gdy kurs franka rósł, jednocześnie spadał LIBOR, osiągając najniższy poziom w historii. Spadek stopy LIBOR kompensował straty wynikające ze wzrostu wartości franka do złotego. Innymi słowy, do dziś większość kredytobiorców frankowych płaci za kredyty mniej więcej tyle samo, co porównywalny kredytobiorca złotowy. Dodatkowo kredytobiorca frankowy korzysta z tego, że choć skumulowane raty kapitałowe spłacane od momentu uruchomienia kredytu były niższe, to jego całkowite saldo zadłużenia we frankach w uzgodnionym okresie kredytowania w porównaniu do kredytobiorcy złotowego też jest niższe.
Dlaczego więc kredyty we frankach mają tak złą reputację? W pierwszych latach każdego kredytu długoterminowego spłacane raty pokrywają głównie odsetki, niezależnie od tego, w jakiej walucie kredyt jest udzielany. Dopiero z czasem proporcja przesuwa się w stronę spłaty pożyczonego kapitału. Oznacza to, że kapitał pozostający do spłaty jest wysoki przez długi czas od uruchomienia kredytu. Prowadzi to do sytuacji, w której w przypadku wzrostu kursu waluty obcej, zwłaszcza w stosunkowo wczesnej fazie kredytowania (zazwyczaj przed upływem 1/3 okresu kredytowania), saldo zadłużenia przeliczone na złote może być wyższe niż w przypadku porównywalnego kredytu złotowego. Problem pojawia się w momencie, gdy kurs wymiany waluty obcej jest znacznie wyższy niż w momencie udzielenia kredytu i na skutek tego kredytobiorca chce przedterminowo unieważnić relację kredytową z bankiem.
Taki kredytobiorca walutowy wciąż może ostatecznie spłacać bezwzględnie mniej w całym okresie kredytowania w porównaniu do kredytobiorcy złotowego, choćby ze względu na niższe oprocentowanie. Należy także podkreślić, że bank nie ma wpływu na kształtowanie się takich parametrów, jak kurs walutowy czy stopa procentowa. Banki nie mogą zagwarantować, że stopy procentowe lub kursy wymiany walut nie ulegną zmianie w okresie 30–40 lat. Oprocentowanie kredytów walutowych w porównaniu z kredytami w złotych jest do dnia dzisiejszego znacznie korzystniejsze.
Miesięczne raty dla tych samych kredytów zaciągniętych we frankach oprocentowanych stawką LIBOR oraz zaciągniętych w złotych i oprocentowanych stawką WIBOR są dziś niemal identyczne. Samo założenie, że parametry te pozostaną na tym samym poziomie, jak w dniu zaciągnięcia kredytu, jest nierealistyczne. Ponieważ nie byliśmy w stanie przewidzieć załamania wartości złotego wobec franka w tzw. czarny czwartek, nie możemy też wykluczyć, że sytuacja w przyszłości nie zmieni się ponownie na korzyść kredytobiorcy frankowego. Czy nie powinniśmy hipotetycznie zakładać takiej możliwości?
Jak więc musi się czuć kredytobiorca złotówkowy obserwujący roszczenia rosnącej grupy kredytobiorców frankowych? Kredytobiorcy złotówkowi zdecydowali się zachować ostrożniej i wyeliminować jeden ważny czynnik ryzyka – ryzyko walutowe – a przez to od samego początku płacić więcej i zaakceptować cechujące się większą zmiennością oprocentowanie. Osoby te zapewne zadają sobie pytanie, kto się zajmie ich kredytami w przypadku znacznej podwyżki WIBOR, a przez to podwyżki ceny ich kredytu, spowodowanej sztucznymi zawirowaniami wywołanymi na rynku.
Czy kredytobiorcy złotowi nie mają powodów, by oczekiwać, że ich interesy również zostaną wzięte pod uwagę? W dzisiejszych czasach często eksponuje się słowo „nadużycie”. Jak kredytobiorca złotowy je zinterpretuje, gdy uświadomi sobie, że kredytobiorca frankowy zostaje zwolniony ze wszystkich zobowiązań, a jednocześnie ma możliwość wykorzystania i zachowania wszystkich korzyści uzyskanych przez dotychczasowe lata spłaty?
Pieniądze, które banki pożyczają klientom, nie są pieniędzmi prezesa, zarządu czy rady nadzorczej. Bank w praktyce sam pożycza je z rynku i od klientów, którzy je w nim deponują. W związku z tym bank jest zobowiązany do dbania o interesy wszystkich klientów, a więc nie zrezygnuje z żądania odpowiedniego wynagrodzenia za wykorzystanie kapitału udostępnionego kredytobiorcy przez bank. Pozbawienie banku tego prawa zakwestionowałoby podstawowe zasady prowadzenia działalności bankowej.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że banki stały się ofiarą tych czynników rynkowych, które znajdują się poza strefą ich kontroli. Banki nie będą w stanie zapłacić ceny będącej konsekwencją takiego sposobu myślenia. Fala uderzeniowa ugodzi nie tylko banki, lecz będzie miała długotrwały negatywny wpływ na wszystkie sektory gospodarki.