Dziś Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wyda ważne orzeczenie dla osób spłacających kredyty walutowe. I dla banków, które tych kredytów udzieliły. Może to być przełomowy moment w niemal 20-letniej historii walutowych hipotek w naszym kraju. Historii, w której początkowy optymizm instytucji finansowych, ich klientów, ekonomistów i polityków (a także dziennikarzy), przerodził się w jeden z największych problemów dla stabilności naszego systemu bankowego.

Lata 90. XX w. – ze względu na wysokie oprocentowanie kredytów nie pojawił się ani jeden pomysł na rozruszanie rynku kredytów hipotecznych. W drugiej połowie dekady kilka banków uruchomiło kasy mieszkaniowe, które spotkały się z ograniczonym zainteresowaniem. W 1997 r. uchwalono ustawę o kasach budowlanych, jednak żadna kasa nie ruszyła ze względu na obawy Ministerstwa Finansów, że dopłaty dla oszczędzających będą zbyt dużym obciążeniem dla budżetu. Wtedy też uchwalono ustawę o listach zastawnych i bankach hipotecznych, ale działały one na niewielką skalę

Początek lat 2000 – pojawiają się pierwsze walutowe kredyty mieszkaniowe. Początkowo denominowane w dolarach i nowej wówczas walucie euro. Niemal od razu słychać o pomysłach kredytów w walutach z możliwie najniższym oprocentowaniem, jak japoński jen. Wkrótce wybór – bankowców i klientów – pada na franki.