Białoruś gorączkowo szuka alternatywnych źródeł dostaw ropy naftowej w obliczu nierozstrzygniętego sporu z Rosją o warunki zakupu surowca w tym roku.
Reklama
W poniedziałkowe popołudnie państwowy koncern Biełnaftachim oświadczył, że należąca do niego BNK kupiła pierwszą partię norweskiej ropy z odbiorem w Kłajpedzie. 80 tys. ton surowca przypłynie dzisiaj na Litwę. Prezydent Alaksandr Łukaszenka poskarżył się równolegle, że Rosjanie blokują tranzyt z Kazachstanu. Wcześniej interesował się też dostawami przez Polskę.
Norweska ropa pochodzi z nowo otwartego pola Johan Sverdrup. Charakterystyka surowca z tych złóż jest zbliżona do marki Urals, którą dotychczas wykorzystywały białoruskie rafinerie. Według Reutersa BNK kupiła ją od francuskiej firmy Total. Zdaniem źródeł agencyjnych dziennikarzy, surowiec z Kłajpedy trafi koleją do Nowopołocka, gdzie mieści się jedna z dwóch białoruskich rafinerii (kolejna ma siedzibę w Mozyrzu). Ropa będzie droższa od rosyjskiej, ale Mińsk jest gotów tymczasowo przepłacać za dywersyfikację.
Wczoraj do sprawy po raz kolejny nawiązał białoruski prezydent. – Możliwe, że Kazachstan będzie mógł dostarczać nam ropę, jeśli Rosja się zgodzi [na tranzyt – red.]. Dziwne, że nasz sojusznik nie daje zgody na dostawy ropy od naszego innego sojusznika – mówił Łukaszenka. Zgodnie z jego słowami Mińsk docelowo chciałby zapewnić sobie pełną dywersyfikację dostaw ropy. Udział Rosji, z której dotychczas sprowadzano 100 proc., miałby spaść do 30–40 proc. Reszta miałaby pochodzić skądinąd, z czego połowa byłaby importowana przez porty litewskie i łotewskie, a druga połowa – przez Ukrainę.
Tym razem Łukaszenka nie wymienił portów polskich, choć wcześniej polecił menedżerom Biełnaftachimu zbadanie, czy takie dostawy byłyby możliwe. Zapytaliśmy o to w niedawnej rozmowie z koordynującym politykę wschodnią wiceministrem spraw zagranicznych Marcinem Przydaczem. – Jeśli strona białoruska będzie działać na rzecz dywersyfikacji dostaw nośników energii, to w naszym interesie jest ją wesprzeć, o ile będą to działania realne, a nie pozorowane – powiedział.
– Czyli na razie otwartość retoryczna nie przerodziła się w zgłaszanie konkretnych propozycji? – dopytaliśmy. – Trwają rozmowy, o których szczegółach nie chciałbym mówić. Rozmowy zawsze dotyczą konkretów – usłyszeliśmy. „Import koleją nie stanowi opłacalnej alternatywy dla dostaw rurociągowych z Rosji. Z kolei chętnie przywoływany przez Łukaszenkę scenariusz rewersu z Polski wciąż istnieje tylko na papierze: przesył na Białoruś nie jest dziś możliwy, a jego uruchomienie wymaga inwestycji” – pisał na łamach DGP Mateusz Kubiak z doradczej firmy Esperis.
Wcześniej Białorusini zaczęli też sondować możliwość sprowadzania ropy ze Stanów Zjednoczonych. W tym celu latem 2019 r. BNK wynajęła amerykańskiego lobbystę, który miał pomóc przekonać kongresmenów do zniesienia sankcji na Białoruś, wprowadzonych za łamanie podstawowych swobód obywatelskich i sfałszowanie wyborów prezydenckich w 2006 r. Wycofanie się z restrykcji umożliwiłoby uzyskanie licencji eksportowej. Na razie starania lobbystów nie przyniosły efektu. W kategorii potencjalnych rynków importowych wiceszef BNK Siarhiej Hryb wymieniał wówczas także Arabię Saudyjską, Azerbejdżan i Nigerię.
Mińsk znalazł się pod ścianą po tym, jak nie udało mu się przekonać Moskwy do kontynuacji preferencyjnych zasad dostaw ropy. Rosjanie pozbawiają preferencji Białorusinów, rozpoczynając manewr podatkowy, który polega na stopniowym zastąpieniu ceł eksportowych – którymi Białoruś nie była objęta – podatkiem od wydobycia. Ograniczy to konkurencyjność białoruskich produktów ropopochodnych, których eksport stanowi znaczną część dochodów państwa. Łukaszenka żądał, by w tej sytuacji rosyjskie koncerny sprzedawały mu ropę po rosyjskich cenach wewnętrznych lub zagwarantowały stosowne rekompensaty.
Kreml jednak w pakiecie oczekiwał daleko idących ustępstw politycznych. Choć podpisanie kompromisu zapowiadano na grudzień 2019 r., Łukaszenka odmówił, nie chcąc rezygnować z suwerenności kraju rządzonego przez siebie od 1994 r. W efekcie dotychczasowy kontrakt naftowy wygasł z końcem ubiegłego roku, a nowy nie został podpisany. Rafinerie w Mozyrzu i Nowopołocku ograniczyły produkcję, eksport został wstrzymany, a przejściowe dostawy z firm zaprzyjaźnionego z Łukaszenką rosyjskiego oligarchy Michaiła Gucerijewa nie mogły zapełnić luki. Stąd gorączkowe dążenie do dywersyfikacji.
Do spełnienia zapowiedzi Łukaszenki o pełnej dywersyfikacji dostaw daleka droga. Zwłaszcza że nawet powodzenie tych pozostających w dużej mierze na papierze zamierzeń nie rozwiąże kłopotu z cenami ropy, a jedynie ograniczy Rosji możliwość stosowania dostaw surowca jako narzędzia wpływu. Wcześniej Białorusini eksperymentowali już z dostawami ropy z Azerbejdżanu, Kazachstanu i Wenezueli, jednak każdorazowo były to akcje o charakterze demonstracyjnym i ani razu nie były opłacalne. Szczególnym rozgłosem przed dekadą cieszył się handel z Caracas, gdzie rządził wówczas zaprzyjaźniony z Łukaszenką Hugo Chávez.