Początek sezonu, koniec restrykcji i mamy tysiące odwołanych lotów w Europie. Media piszą o historycznym załamaniu branży. Podziela pan taką opinię?
Nie, to nie jest historyczne załamanie. Problemy, z którymi się mierzymy, nie są czymś typowym, ale narosło wokół niech dużo niezdrowej sensacji. Trzeba zachować odpowiednią perspektywę. Owszem, odwołuje się tysiące rejsów, ale proszę pamiętać, że w Europie wykonujemy ich dziennie ponad 16 tysięcy. W dużych hubach kasuje się ok. 10-15 proc. wszystkich lotów, to oczywiście dotyka wielu pasażerów i wywołuje zrozumiałe zdenerwowanie. Tyle że w Europie jest ponad 350 komercyjnych lotnisk z międzynarodowymi połączeniami i wiele działa normalnie, chociażby Warszawa. Prawdą jest, że na lotniskach w Niemczech, Holandii czy Wielkiej Brytanii jest wiele zakłóconych rejsów, a powrót po wielkich problemach wywołanych przez COVID-19 jest trudny. Łatwiej branżę zamrozić, a trudniej odmrozić, to bardzo skomplikowane. Jest wiele powodów, które przyczyniają się do obecnej sytuacji.