Reklama
Korea Południowa to pierwszy kraj na świecie, który wprowadza regulacje dotyczące sklepów z aplikacjami mobilnymi. Odpowiednia ustawa weszła w życie we wrześniu, brakowało w niej jednak zapisów wykonawczych do egzekwowania nowych zasad – i przede wszystkim kar za ich nieprzestrzeganie. Teraz Koreańska Komisja Łączności (Bangtongwi) przedstawiła projekt takich przepisów.
Przewidują one, że dominujące sklepy z aplikacjami – czyli App Store i Google Play – będą musiały zapłacić do 2 proc. przychodów z tego segmentu południowokoreańskiego rynku, jeśli nadal będą zmuszać twórców aplikacji do korzystania wyłącznie z własnych systemów płatności. Przy czym regulator bierze tu pod uwagę różne rodzaje „wymuszania określonych metod płatności”. Jak informuje Bangtongwi, w grę wchodzą „wszelkie bezpośrednie lub pośrednie ograniczenia w korzystaniu z innych metod płatności” niż te oferowane przez właścicieli sklepu z aplikacjami.
Problem z App Store i Google Play dotyczy nie tylko rynku południowokoreańskiego, ale wszystkich krajów, gdzie systemy operacyjne właścicieli tych platform są używane – także w Unii Europejskiej. Szczególnie głośno było w ostatnich latach wokół Apple’a. Na Starym Kontynencie na praktyki antykonkurencyjne tej platformy poskarżył się w 2019 r. Spotify. Szwedzka firma oferująca aplikację mobilną do słuchania muzyki zarzucała koncernowi z Cupertino, że w sklepie internetowym promuje własną aplikację Apple Music kosztem produktów konkurencji oraz że w App Store pobiera od twórców aplikacji 30-proc. prowizję, którą Spotify uznał za dyskryminacyjną.
Zarzuty wysuwali też inni deweloperzy aplikacji mobilnych. Mają do wyboru oddać koncernowi 30 proc. z każdej pozyskanej w App Store subskrypcji albo całkowicie stracić dostęp do klientów posługujących się iPhone’ami i innymi urządzeniami tego producenta. Stosowany przez firmę z Cupertino system operacyjny iOS stanowi zamknięty ekosystem, co daje jej przewagę rynkową. Dlatego wiosną, po śledztwie, Komisja Europejska oskarżyła Apple’a o zakłócanie konkurencji rynkowej.
Amerykański koncern od początku broni się przed zarzutami, argumentując, że 30-proc. stawka obowiązuje tylko w pierwszym roku współpracy z deweloperem, a później spada do 15 proc. Apple podkreśla również, że dotyczy to wyłącznie aplikacji, za których używanie płaci się subskrypcję, zaś 84 proc. pozycji udostępnianych w App Store jest dla użytkowników bezpłatna i zarabia na reklamach. Koncern zaznacza ponadto, że jego zamknięty ekosystem i reguły obowiązujące w sklepie z aplikacjami mają na celu zapewnienie wysokiej jakości i bezpieczeństwa.
Jeśli sprawa potoczy się niekorzystnie dla giganta, grozi mu grzywna do 10 proc. łącznych przychodów. KE byłoby łatwiej prowadzić to postępowanie, gdyby obowiązywały już regulacje wobec tzw. strażników dostępu (gatekeepers) z Aktu o rynkach cyfrowych (DMA), nad którym pracuje obecnie Wspólnota. Celem tych przepisów będzie ograniczenie przewagi big techów i zwiększenie konkurencyjności w sferze technologii. Zakres DMA jest oczywiście znacznie szerszy niż płatności w sklepach z aplikacjami. W odniesieniu do iPhone’ów oznacza to też możliwość instalowania oprogramowania z obejściem App Store. Wiceprezes Apple’a, Craig Federighi, na niedawnej konferencji w Lizbonie nazwał DMA otwieraniem puszki Pandory. Uzasadniał, że zagrozi to bezpieczeństwu urządzeń, narażając je na złośliwe oprogramowanie.
Praktyki App Store są ponadto przedmiotem procesu toczącego się za oceanem. Firma Epic wytoczyła go Apple’owi po tym, jak jej gra „Fortnite” została usunięta ze sklepu z aplikacjami za wprowadzenie własnego systemu płatności. Epic próbował w ten sposób obejść mechanizm, który uważa za dyskryminacyjny. We wrześniu amerykański sąd – uznając, że Apple trzyma konsumentów w niewiedzy na temat alternatywnych metod płatności – nakazał koncernowi zaprzestanie blokowania w aplikacjach z App Store linków, przycisków i innych komunikatów na ten temat.