Prezydencki projekt ustawy frankowej spotkał się z solidną krytyką ze strony Komisji Nadzoru Finansowego. Była to jednak krytyka oparta głównie na czynnikach ekonomicznych.
KNF stwierdziła, że proponowane rozwiązania oznaczają dziesiątki miliardów złotych straty dla sektora bankowego, co poważnie może zagrozić jego stabilności. Poważne ryzyko zachwiania rynkiem finansowym już samo w sobie powinno tę ustawę dyskredytować, ale wydaje się, że warto się jej przyjrzeć jeszcze z prawnego punktu widzenia. Jest ona bowiem wadliwa, zawiera rażące sprzeczności, a jej treść świadczy, że była przygotowana co najmniej w pośpiechu.
Przed przepisami wita nas preambuła. W akcie prawnym tej rangi jej obecność świadczy o tym, że jego pomysłodawcy uznali, iż z samej treści ustawy nie będzie do końca wynikało, czemu ma służyć, więc postanowili to wytłumaczyć preambułą. I rzeczywiście, ustawa jest tak napisana, że to intro może nawet okazać się przydatne. Jest to intro nawiązujące w dodatku do stylistyki lat minionych, bowiem posługuje się pojęciem „obywatel”, apriorycznie chyba wykluczając, że kredyty we frankach mogli wziąć obywatele innych krajów. Żaden późniejszy przepis się do tego nie odnosi, ale pozostawia to pole dla interpretacji. Widniejące zaraz stwierdzenie o solidarnym uczestniczeniu w likwidacji skutków nierówności ma, owszem, wymiar propagandowy, ale treściowo jest równe zeru. W porównaniu z treścią poszczególnych przepisów stanowi wręcz nadużycie, bowiem o przywróceniu równości mowy być nie może: gdy waga przechyli się na inną stronę w jeszcze większym wymiarze – to będzie to raczej odwrócenie nierówności.