„To poprawka szyta pod banki. Dzięki niej będą mogły swobodnie sprzedawać wierzytelności kredytowe, także podmiotom w rodzaju GetBack” – dziennikarze cytują Arkadiusza Szczęśniaka, szefa stowarzyszenia frankowiczów Stop Bankowemu Bezprawiu. Jego zdaniem nowy przepis „to odpowiednik historii z dopisaniem «lub czasopisma» w aferze Rywina”.

Stanowisko spłacających kredyty walutowe jest tu o tyle istotne, że za chwilę będziemy mieć orzeczenie TSUE w sprawie tego typu pożyczek, które może sprawić, że umowy frankowe staną się nieważne. Zmiana w przepisach miałaby więc służyć „przerzuceniu” portfeli frankowych z banków do jakichś innych podmiotów.

Faktem jest, że w ramach wielomiesięcznych konsultacji noweli ustawy o BFG nie było chyba (przynajmniej mnie nie udało się wczoraj znaleźć) żadnego wniosku o wprowadzenie nowego przepisu. Zrobiło to samo z siebie Ministerstwo Finansów. W lutym w projekcie zapisu nie było.

Za kredytobiorcami ujął się nie tylko „News week”. W jego tekście nie ma o tym mowy, ale kilka tygodni temu Kukiz’15 zaproponował wykreślenie wprowadzonego niedawno przepisu. „Chcemy uporządkować Prawo bankowe, aby banki najpierw pytały kredytobiorcę, czy mogą sprzedać jego wierzytelności” – uzasadniał poseł Andrzej Maciejewski (mający do spłaty trzy kredyty hipoteczne o łącznej wartości ponad 400 tys. zł; na początku kadencji były to kredyty frankowe).

Tyle że nowy przepis niczego zasadniczo nie zmienia. Sądy w większości przypadków nie widziały problemu w tym, że kredyty zmieniały właściciela, z czym wiązał się nowy wpis w księdze wieczystej. Chodziło o to – jasno wynika to z uzasadnienia do projektu – żeby wyeliminować jakiekolwiek wątpliwości, bo zdarzały się także sytuacje, że sprzedaż kredytu była kwestionowana. Nie zaś o to, by „umożliwić” takie transakcje jak sprzedaż niespłacanej hipoteki firmie windykacyjnej (precyzyjnie: funduszowi sekurytyzacyjnemu), przejęcie jednego banku przez inny, ale też np. sprzedaż kredytów do tzw. banku hipotecznego po to, by umożliwić pozyskanie finansowania stabilniejszego niż krótkoterminowe depozyty. To wszystko miało miejsce również przed niedawną zmianą przepisów. A wynika nie z prawa bankowego, lecz z kodeksu cywilnego.

W całej sprawie istotne jest jeszcze jedno: jeśli zaciągnąłem kredyt w banku A, a później trafi on do banku B, C czy Z, dla mnie liczy się oryginalna umowa. I dopóki spłacam zgodnie z tą umową, nazwa wierzyciela nie ma dla mnie specjalnego znaczenia.