Do niedawna działał czytelny mechanizm w finansowaniu wydatków samorządowych – czytelny, bo polityczny. Wydatki, zwłaszcza te inwestycyjne, szybko rosły przed wyborami, by potem gwałtownie spadać. W końcu każdy burmistrz, wójt czy prezydent lubią się wykazać przecinaniem wstęgi przy otwarciu nowego chodnika, basenu czy filharmonii.
Stąd inwestycje ustawiono tak, by oddanie tych najbardziej okazałych przypadało na wyborczy finisz. Tak było w latach 2006 i 2010. Oczywiście kwoty były różne, bo inny był dostęp do pieniędzy, ale mechanizm działał ten sam.
Ten rytm szczególnie widać było w informacjach o deficycie sektora samorządowego, który pokazywał, jak na wybory się zadłużano, a potem zaciskano pasa. I tak w roku 2006 deficyt wyniósł 2,5 mld zł, a już rok później samorządy miały pół miliarda złotych nadwyżki.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.