Freelancerzy, przedstawiciele wolnych zawodów, samozatrudnieni i pracujący na umowach cywilnoprawnych. Wszystkich ich łączy jedno: choć pracują, nie obowiązuje ich kodeks pracy.
Co więcej, według przepisów kodeksu osoby te nie są pracownikami, bo ten status jest zarezerwowany dla zatrudnionych na umowę o pracę. Teoretycznie ci niepracownicy mają masę przywilejów: okresy wypowiedzenia, ochronę przed zwolnieniem, dodatki za nadgodziny i gwarantowany dobowy odpoczynek. W praktyce jednak, jeśli zależy im na tym, aby nie utracić zatrudnienia, często godzą się na gorsze warunki. Na kodeks pracy powołują się zazwyczaj, gdy firma chce ich zwolnić lub już po wypowiedzeniu, przed sądem pracy. Dla nich coraz częściej prawo pracy jest tylko zbiorem pobożnych życzeń.
Nie oznacza to jednak, że kodeks jest niepotrzebny, bo prawo musi chronić słabszą stronę stosunku pracy, czyli pracowników. Problem w tym, że jest po prostu zły. W dobie globalizacji, internetu, automatyzacji pracy i konieczności ciągłego podwyższania kwalifikacji polskie przepisy dotyczące zatrudnienia usadowione są wciąż na XIX-wiecznych podstawach. Ich twórcy nie dostrzegają, że klasa robotnicza zmienia się w klasę specjalistów, większość pracowników jest dziś zatrudnionych w usługach, a nie zakładach pracy, i nie pracuje na zmiany lub w brygadach, lecz zatrudniana jest do wykonania konkretnych zadań.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.