Wystarczy karetek?

Na razie tak.

Dziś jest ponad 500 przypadków. Jak będzie 8 tys., to też?

Nie. Nie ma co ściemniać, że wystarczy. Nie chodzi nawet o same karetki i sprzęt ochronny. To by się nawet znalazło. Ale o ludzi. To muszą być przeszkolone osoby. Takie, które pomogą komuś, kto się dusi. A ratowników ni stąd, ni zowąd nie będzie więcej. Jest ich mało. Z tym samym problemem borykają się szpitale.

A tak może być już w tym tygodniu, patrząc na tempo rozprzestrzeniania się choroby.

Tego się boję. Mam obawy, że się nie wyrobimy. I staniemy nagle przed wyborem jak Włosi – czy jechać do osoby, u której jest podejrzenie koronawirusa, czy do kogoś z zawałem serca. Teraz to są w większości stosunkowo lekkie przypadki, ale wiemy, że będzie coraz więcej osób z ostrą niewydolnością oddechową, które być może trzeba będzie ratować już w karetce. A każdy taki wyjazd jednak nas wstrzymuje.

Jak to?

Wymaga więcej czasu. Zespół musi się przebrać w specjalne stroje, potem je zdjąć, a karetkę zdezynfekować – różnica miedzy takim wyjazdem a „normalnym” to około godziny. System może się zakorkować.

Jak to się przekłada na czas oczekiwania na karetkę?

Na razie jeszcze mieścimy się w standardach, ale to jest jedna z tych rzeczy, których najbardziej się boimy: że czas oczekiwania znacząco się wydłuży. Wezwań do koronawirusa będzie coraz więcej, ale to przecież nie oznacza, że nie będzie ich również do wypadków, zawałów serca, udarów, urazów… I ci pacjenci będą musieli coraz dłużej czekać na pogotowie.

Ile teraz macie zgłoszeń związanych z koronawirusem? Tak średnio na jeden dyżur.

Teraz to kilkanaście, może nieco więcej. Zmienia się to z dnia na dzień. Jeszcze niedawno było po kilka, pewnie lada dzień będzie to kilkadziesiąt. Liczba chorych rośnie. Na razie wiele osób dzwoni, bo się denerwują, że mają kaszel, ciężki oddech.

I co im zalecacie?

W zależności od objawów – odsyłamy do POZ czy sanepidu, są tu ustalone schematy postępowania.

Nie do każdego wysyłacie karetkę?

Nie ma takiej możliwości, pogotowie jest od interwencji w razie zagrożenia życia lub zdrowia − i to się nie zmieniło. Karetki jeżdżą do tych, którzy mają duszności, wysoką gorączkę nie do opanowania.

Gdzie się wiezie tych pacjentów?

No i z tym jest kłopot. Procedury nie nadążają za rzeczywistością, tak szybko zmienia się sytuacja. Ale pomału zaczyna się to docierać. Wciąż jednak jest wiele niewiadomych. Bo co robić, jeżeli mamy wezwanie do podejrzanego przypadku? Najpierw jeździliśmy do szpitala zakaźnego, ale tam zaczęło się bardzo szybko korkować, bo tam przywożeni są także, transportem sanitarnym zlecanym przez sanepid, pacjenci z lekkim objawami. Były sytuacje, że dusił mi się pacjent w karetce, a nie wpuszczono zespołu do szpitala – czas oczekiwania siedem godzin, a drzwi na izbę zamknięte. Zdarza się, że karetka jeździ od szpitala do szpitala – bo jeden nie przyjmuje pacjentów podejrzanych z koronawirusem, tylko potwierdzonych, a inne nie chcą przyjmować, jak jest podejrzenie. Boją się, nie chcą dawać do izolatek, choć powinni je mieć na każdej izbie przyjęć. Wolą w ogóle nie wpuszczać, bo ryzyko jest takie, że wyłączony może być cały oddział.

I co?

Zdarza się, że wygrywa ten, kto jest bardziej stanowczy – czasem to ludzie z karetki, czasem z izby przyjęć. Ale powoli wprowadzane są kolejne procedury, które mają to usprawnić. Ale, jak już mówiłam, nie nadążają za zmieniającą się z dnia na dzień rzeczywistością. Teraz już nie ma wskazania, że ktoś był zagranicą. Roznosimy już wirusa między sobą. Trudno będzie decydować, kto może być zakażony, a kto nie. Wywiady prowadzone przez dyspozytorów są coraz trudniejsze. A nie ma takiego testu, który można zrobić w karetce i od razu mieć wynik.

Poza tym dochodzi do takich absurdów jak te, kiedy mój zespół jest uziemiony przez kilkanaście godzin w karetce, bo czeka na wyniki testu pacjenta, którego wieźli, a który ma podejrzenie koronawirusa. Nie mieli gdzie, to czekali w karetce.

Jak to, przecież jeżdżą w kombinezonach?

Nie zawsze, szybko by się skończyły, gdyby je zakładano do każdego wezwania. Staramy się sprawdzić w wywiadzie, czy pacjent może być zakażony, czy nie, ale nie zawsze się to udaje. Ludzie zatajają to specjalnie albo po prostu „wypada im z głowy”. Ostatnio mieliśmy takie zgłoszenie: starsza pani, ostra niewydolność oddechowa. Pytamy dokładnie, czy jest jakaś możliwość, że się mogła zarazić. Nie, przecież mamusia nigdzie nie wychodzi – zapewnia rodzina. Na miejscu okazuje się, że faktycznie starsza pani potrzebuje szybkiego zabrania do szpitala. Ale tuż przed wyjściem ktoś sobie przypomniał, że przecież niedawno był w odwiedzinach kuzyn, który wrócił z Włoch. No i klops. Wszyscy do obowiązkowej kwarantanny.

Ale nie ma takiego miejsca, w którym by to mogło się odbywać?

Jednego dnia trzy zespoły miałam w takiej sytuacji. Nie było wiadomo, co z tymi ludźmi mamy robić. Jedni zostali w stacji, bo w niektórych stacjonuje tylko jeden zespół. Ale reszta nie miała gdzie czekać w izolacji, więc siedziała w samochodach. Albo taka sytuacja: zespół czeka drugą dobę na wynik testów, bo pogubiły się próbki pacjenta i trzeba było drugi raz pobrać. Teraz już mamy mieć mobilne namioty i nowe miejsca w szkole ratownictwa. Ale to wszystko wychodzi na bieżąco. Tak jakby nie można było przewidzieć wcześniej, że tak się może zdarzyć.