Taksówkarzom wyrasta kolejny konkurent: carsharing, czyli wynajem aut na minuty. Na świecie korzysta z niego już osiem milionów osób. Teraz z impetem wjeżdża do Polski.
Odpalasz specjalną aplikację w telefonie, która pomaga w kilka sekund zlokalizować wolny samochód znajdujący się najbliżej ciebie. Otwierasz go za pomocą smartfona (skanując specjalny kod umieszczony na drzwiach). Ze schowka wyciągasz kluczyk i odpalasz silnik. Jedziesz w dowolne miejsce w mieście. Parkujesz. Wrzucasz kluczyk do schowka. Zatrzaskujesz za sobą drzwi. I to już wszystko. Koniec. No, może poza tym, że z twojego konta znika parę groszy. Ile dokładnie? Jeżeli przejechałeś pięć kilometrów, to będzie to 8–10 zł.
Tak w skrócie działa carsharing, czyli odpowiednik warszawskiego rowerowego Veturilo – usługa pozwalająca jeździć samochodem bez konieczności jego posiadania. Nie płaci się za benzynę, ubezpieczenie, serwis, myjnię, a bardzo często także za postój w strefach płatnego parkowania. Wszystko jest w cenie wynajmu, która składa się z dwóch części – opłaty za minutę jazdy i każdy pokonany kilometr. Nie ma za to stawek za przystąpienie do programu czy trzaśnięcie drzwiami jak w taksówce. Na Zachodzie taka forma współużytkowania aut zaczęła się rozwijać już dekadę temu. Na polskim rynku wykiełkowała dopiero teraz. Za to od razu w trzech miejscach jednocześnie. Praktycznie w jednej chwili wyrosły: TrafiCar, 4mobility oraz SwopCar. I choć celują w różnych klientów i działają na inną skalę, to zgodnie podkreślają: auta na minuty to przyszłość. Tak miast, jak i motoryzacji.