MON podkreśla, że nie ma już parcia na to, aby w Narodowych Siłach Rezerwowych (NSR) było 20 tys. żołnierzy rezerwy. Wciąż jest tylko 10 tys. Czy wojsko nie ma pieniędzy, aby prowadzić dodatkowe szkolenia?

To nie jest problem budżetu - w skali całej armii to wydatek około kilkunastu milionów rocznie. Uznaliśmy, że trzeba skupić się na jakości. 

Jednym słowem armia odpuściła NSR. Szkoda tylko tych pieniędzy wydanych na kampanię reklamową zachęcającą do wstępowania do tej formacji. 

W 2010 r. po wprowadzaniu armii zawodowej i zawieszenia poboru trzeba było przybliżyć społeczeństwu sens NSR, aby obywatele zrozumieli, po co znów poszukuje się rezerwistów i myśli o nowej służbie przygotowawczej pozytywnie. Na początku oczekiwaliśmy, że do NSR przyjdą żołnierze, którzy już wcześniej odbywali służbę. Okazało się, że nie odpowiedzieli na naszą ofertę. 

Nie była więc atrakcyjna.

Szeregowi zasadniczej służby wojskowej traktowali czasami wojsko jako zło konieczne. Myślę, że dlatego nie chcieli już słyszeć, że znów namawia się ich do przyjścia do jednostki.

Kto więc jest obecnie wśród tych 10 tysięcy żołnierzy NSR. Absolwenci gimnazjów i bezrobotni?

Nie tylko. W korpusie szeregowych mamy dużo magistrów, a nawet osób z tytułem doktora. 

Trudno sobie wyobrazić doktora biegającego po poligonie, jako szeregowego żołnierza. Jednym słowem można powiedzieć, że bierzecie wciąż wszystkich?

Nie. Lepiej od gimnazjalisty jest przyjąć magistra, bo może nie ma dodatkowych kursów zawodowych, ale z pewnością większą wiedzę. 

Czym się więc kierują?

Jest wielu fanów munduru i armii. Jednak część tam przychodzi, bo kieruje się tym, że docelowo chce zostać w armii zawodowej, a część - bo nie ma pomysłu na życie. Dlatego też występują przypadki rezygnacji ze służby w NSR z dnia na dzień. W przypadku żołnierzy zawodowych to odejście ze służby trwa aż pół roku. 

Dlaczego więc nie wprowadzicie do przepisów klauzuli, że odejście z NSR jest możliwe dopiero po pół roku od podjęcia takiej decyzji przez żołnierza?

Może to dobry pomysł, ale wtedy mogłoby być mniej chętnych. 

Również służba żołnierzy zawodowych jest inna niż w poprzednich latach. Dowódcy żalą się, że przychodzą, jak do firmy, a po 15:30 idą do kolejnej pracy. Czy w dalszym ciągu mówimy o służbie, czy już o pracy?

Zmieniło się wiele. W armiach innych państw także. Wojsko nie musi często dodatkowo przeprowadzać ćwiczenia lub wzywać żołnierzy po godzinie 15:30. Dziś służba trochę przypomina pracę.

A czy dowódca powinien zezwolić żołnierzowi pracować po służbie, jako ochroniarz w centrum handlowym?

Jak moim podwładnym bym takiej zgody nie wydał. Wciąż zależy to od indywidualnej decyzji dowódcy i spełnienia wymogów ustawowych. 

Czy MON prowadzi rejestr wydawanych zezwoleń dla żołnierzy na dodatkową pracę?

Nie, to dowódcy jednostek mają informacje, którzy żołnierze dorabiają. Prowadzą rejestry.

 Czy 120 tys. żołnierzy obroni nasz kraj?

To zależy od zagrożenia. Armia zawodowa potrzebuje wsparcia rezerwy i naszych sojuszników z NATO. W całej historii tej organizacji żadne inne państwo nie wdało się w otwarty konflikt z państwem członkowskim. 

Jakiej skali odejść z armii zawodowej spodziewa się pan w tym roku?

Najgorsze mamy za sobą. Z pewnością nie będzie to 7 czy 8 tys. Statystyka mówi, że około 3 – 4 tys. żołnierzy zawodowych decyduje się na odejście ze służby w każdym roku. 

Kiedy zaprezentowane zmiany będą wdrażane?

To decyzja ministra obrony i państwa. Początek realizacji mógłby nastąpić w przyszłym roku.