U swych początków internet miał być oazą bezpieczeństwa, prywatności i anonimowości. W wirtualnym świecie mogliśmy korzystać z praktycznie nieograniczonej swobody wypowiedzi. W końcu byliśmy tu jedynie jednym z milionów anonimowych użytkowników. Bardzo szybko okazało się jednak, że internetowa oaza wolności jest zwykłą fikcją, a nasze działania w sieci mogą mieć swoje konsekwencje również poza wirtualną rzeczywistością. To dobrze, bo bez odpowiedzialności za słowa internet nie byłby światem wolności, ale zwykłej anarchii.

Również szybko okazało się jednak, że większość z nas wyrzeka się swojej prywatności dobrowolnie, rozdając na lewo i prawo jej kolejne skrawki. Internetowi giganci i reklamodawcy przyjęli tę chęć z wielką radością. Portale społecznościowe, gry sieciowe, fora – to tylko niektóre z miejsc, w których z coraz większą lubością uprawiamy wirtualny ekshibicjonizm.

Na zmiany zachodzące w naszym podejściu do prywatności zwraca uwagę Mark Zuckerberg, założyciel Facebooka, określanego złośliwie mianem największej bazy danych FBI i CIA. „Kiedy rozpoczynałem [swój projekt] w akademiku na Harvardzie, wielu ludzi pytało mnie, dlaczego mieliby dzielić się swoimi informacjami z innymi użytkownikami internetu?” – mówił Zuckerberg w rozmowie z Michaelem Arringtonem, z serwisu TechChrunch.

„Dziś, po 5 - 6 latach, dzielenie się swoimi informacjami poprzez różne usługi cieszy się ogromną popularnością. Ludzie czują się z tym komfortowo, a jednocześnie stają się bardziej otwarci na innych. Mamy tu więc do czynienia z ewolucją normy społecznej” – podkreśla założyciel Facebooka.

Dlaczego tak chętnie wyzbywamy się swojej internetowej prywatności? Bo lubimy się chwalić. Bo jest to dla nas wygodne. Bo nie chcemy, aby ominęła nas jakaś ciekawa oferta. Bo robią to ludzie wokół nas. Internetowi giganci i reklamodawcy doskonale wiedzą natomiast, jak skusić nas do dzielenia się kolejnymi skrawkami naszego życia. Gry, konkursy, bezpłatna skrzynka e-mail, darmowa nawigacja satelitarna i inne spersonalizowane usługi – to tylko kilka z „haczyków” stosowanych przez tych, którzy na naszych prywatnych informacjach zarabiają miliony. 

Takie serwisy jak Facebook czy Google bardzo często czerpią korzyści także z naszego lenistwa i niewiedzy. Tylko tak można wytłumaczyć częste zmiany dokonywane w domyślnych ustawieniach prywatności. Niedawno Facebook poinformował o wyłączeniu opcji pozwalającej na ukrycie swojego profilu w wewnętrznej wyszukiwarce serwisu. Swoją politykę prywatności zmienił również Google. Gigant z Mountain View dał sobie m.in. prawo do wykorzystywania naszych danych przy rekomendacjach społecznościowych. Oczywiście w obu przypadku możemy wrócić do bardziej restrykcyjnych ustawień prywatności, dokonując odpowiednich zmian w naszym profilu. Sęk w tym, że większość z nas wcale z tej możliwości nie skorzysta.

W dzisiejszym świecie nikt nie zadba o naszą prywatność, o ile wcześniej nie zatroszczymy się o nią sami. Nie chcesz, aby cały świat zobaczył twoje zdjęcia z imprezy? To nie zamieszczaj ich na Facebooku, Instagramie czy Google+. W sieci obowiązuje tylko jedna zasada: to co raz pojawi się w internecie, zostaje w nim na zawsze.

Wiara w to, że wielkim korporacjom zależy na ochronie naszych danych, to zwykła naiwność. Google, Facebook, Twitter i cała reszta internetowych krezusów utrzymuje się przede wszystkim z reklam, a owe reklamy są skuteczne tylko wtedy, gdy są w pełni spersonalizowane, tj. dostosowane do profilu konkretnego konsumenta. Każda informacja na nasz temat ma więc swoją konkretną cenę. To, czy ze swojej prywatności chcemy uczynić walutę, którą płacimy za korzystanie z tych „darmowych” usług, zależy tylko i wyłącznie od nas.