Jest taka bajka o chłopcu, który wołał „wilk, wilk!”, żeby nastraszyć mieszkańców swojej wioski i śmiać się w kułak, że przybiegli mu na ratunek. Ale pewnego dnia nikt już mu nie wierzył i nie przybiegł na jego wołanie. I wilk go zjadł.
Ustawa policyjna z „dostępem dla służb do ruchów sieciowych”, ustawa antyterrorystyczna z pozwoleniem dla ABW hakowania i blokowania nawet na cztery miesiące stron internetowych, i to bez zgody sądu, i wreszcie nowelizacja ustawy hazardowej z planem utworzenia Rejestru Stron Niedozwolonych. I te wszystkie po części już zalegalizowane pomysły w ciągu zaledwie pół roku.
Takiego zalewu planów idących jednoznacznie w stronę cenzury internetu i poważnego ograniczenia wolności słowa i swobody działalności gospodarczej w sieci naprawdę jeszcze nie było w Polsce. I oczywiste jest, że tłumaczenia o ochronie przed terroryzmem i tym złym, niebezpiecznym hazardem to tylko część prawdziwych intencji rządu. Nie ma co się oszukiwać: wpływ na to, co się dzieje w internecie, możliwość jego kontrolowania to dla każdego rządu i służb dziś bardzo łakomy kąsek.