– Oczekiwałem większego zainteresowania – przyznaje Krzysztof Rybiński, były wiceprezes NBP i rektor Uczelni Vistula, którego fundusz jest autorskim pomysłem.

Jako że pierwsza minimalna wpłata do funduszu musi sięgnąć 172 tys. zł, można zakładać, że włożyło do niego środki zaledwie kilka osób. Rybiński nie chciał zdradzić dokładnej liczby klientów Eurogeddonu. Podczas uruchamiania funduszu jego pomysłodawca zapewniał, że zainwestuje w niego część swoich oszczędności.

Fundusz jest oferowany przez Opera TFI. Nie jest aktywnie zarządzany. Jest skonstruowany w ten sposób, by zarabiać w razie pogłębienia się kryzysu zadłużenia w strefie euro. – Mała wartość aktywów nie stanowi przeszkody w generowaniu dobrych wyników. Wszystkie instrumenty finansowe, które miały być uruchomione, zostały uruchomione – zapewnia Rybiński. Fundusz wykorzystuje kontrakty terminowe na zmianę różnic kursowych. Obstawia spadek indeksów WIG20, DAX, CAC40 i Euro Stoxx, spadek cen włoskich obligacji, wzrost ceny złota, wzrost wartości dolara i spadek wartości euro. Pewną część środków lokuje także w obligacjach rządu USA.

W ciągu ostatniego miesiąca – licząc od 23 kwietnia – Eurogeddon zarobił 10,8 proc. Jest to głównie rezultat mocnej korekty trwającej na rynkach akcji. – To pokazuje, że scenariusz, który zakłada fundusz, jest powoli realizowany – podkreśla Rybiński. – Uważam, że wciąż jest czas, by schronić się w nim przed nadciągającą nad rynki finansowe burzą. Zapewne jego popularność drastycznie wzrośnie po tym, jak dojdzie już do 20 – 30-proc. przeceny na rynkach akcji. Jednak wtedy będzie już za późno na wchodzenie do tego rodzaju funduszu – mówi Rybiński.

Fundusz pobiera opłatę wstępną w wysokości 1,5 proc. wpłacanej sumy. Nie pobiera stałej opłaty za zarządzanie, a jedynie opłatę za sukces (w razie realizacji czarnego scenariusza).