Najczarniejszy scenariusz wygląda tak: śmieci zalegają na ulicach, bo nikt nie może po nie przyjechać. Gniją i rozkładają się pod domami albo są wywożone do lasów, by nie śmierdziały pod oknem. Brakuje rąk, by zrobić z tym porządek. Większość pracowników firm odpadowych jest w kwarantannie lub odmawia pracy, bo bez odpowiedniego sprzętu zabezpieczającego – masek, rękawiczek i gogli – nie chce się narażać na kontakt z wirusem, który może utrzymywać się w odpadach przez kilka dni.
Upadają kolejne klocki domina. Wiele sortowni, zwłaszcza tych mniej nowoczesnych, które są zależne od pracowników, a nie maszyn rozdzielających odpady na poszczególne frakcje, wstrzymuje działalność. W gminach zaczyna się paniczne poszukiwanie tymczasowych rozwiązań: gdzie upchnąć nieczystości, by nie zostać z nimi na ulicach, a przy tym nie narazić się na kary za łamanie norm środowiskowych. Nie da się rozwiązać problemu szybko i łatwo, bo przedsiębiorców wiążą restrykcyjne przepisy. Śmieci jeżdżą więc po całej Polsce, byleby ktoś chciał je przyjąć, nawet po kosmicznych cenach. Jest czas pandemii, nikt nie zajmuje się segregacją i recyklingiem. Z tego powodu gminy muszą się pożegnać z osiągnięciem wymaganych przez przepisy poziomów recyklingu (50 proc. w tym roku), płacą więc milionowe kary.
Co może być dalej? Odbiór odpadów drożeje w całym kraju. To znaczy: jeszcze bardziej. Ale nawet przy maksymalnych stawkach inkasowanych od mieszkańców bilans zysków i wydatków wciąż się nie dopina. Przy rosnących kosztach firmy odpadowe rezygnują z umów, wiele z nich upada, bo nie ma zleceń, które gwarantowałyby rentowność. Im mniej firm, tym trudniej zagospodarować zalegające śmieci. Ceny znowu rosną.
Reklama
To oczywiście scenariusz skrajnie pesymistyczny, ale już teraz toczy się walka, by nie dopuścić do jego zrealizowania. Nowe regulacje powstają pod ogromną presją czasu w ministerialnych gabinetach. Samorządy wycofują się na bezpieczne pozycje. Firmy odpadowe improwizują, starając się zabezpieczyć zdrowie pracowników i odbierać śmieci w tym niezwyczajnym czasie. Branża komunalna jest dziś – jak mówią jej przedstawiciele – trzecią, po lekarzach i służbach mundurowych, linią frontu na wojnie z koronawirusem. Niestety, kryzysowa sytuacja obnażyła zaniedbania i fikcję dotychczasowych rozwiązań.

Zatory w odpadowym krwiobiegu

Reklama
„Nie możemy dopuścić do paraliżu systemu, który jest jednym z kluczowych ogniw ochrony sanitarno-epidemiologicznej w kraju”. To zdanie branża odpadowa powtarza dziś jak mantrę, która ma przegonić złego ducha kryzysu. A ten już puka do drzwi samorządów gmin, w których zamykane są punkty selektywnej zbiórki (PSZOK-i), i straszy firmy zawieszeniem działalności na czas epidemii z powodu obowiązkowej kwarantanny części pracowników.
– Sytuacja jest napięta, bo w wielu zakładach kończą się zgromadzone zapasy maseczek i rękawiczek. A bez nich nikt nie podejmie dziś pracy w obawie o swoje zdrowie – mówi Piotr Szewczyk, dyrektor Zakładu Unieszkodliwiania Odpadów Orli Staw i przewodniczący Rady Przedstawicieli Regionalnych Instalacji Przetwarzania Odpadów Komunalnych (RIPOK). Do jego zakładu trafia 400–600 ton odpadów dziennie. To mniej więcej tyle, ile wynosi objętość trzech basenów olimpijskich. Dziś brak załogi lub absencja pracowników z powodu choroby lub kwarantanny mogłaby oznaczać paraliż całego zakładu. A już wyłączenie z eksploatacji jednej instalacji może spowodować problemy w całym regionie. Byłby to punkt zapalny śmieciowego kryzysu.
Oficjalnych, odgórnych i jednolitych procedur, jak firmy zajmujące się odbieraniem i przetwarzaniem odpadów, a także sami mieszkańcy, powinni działać w czasie kryzysu, jeszcze nie ma. Co prawda swoje stanowisko wydał główny inspektor sanitarny, który ocenił, że odpadów od osób w kwarantannie nie należy traktować jako odpadów medycznych ani niebezpiecznych (można się więc z nimi obchodzić normalnie). Wytyczne GIS odnoszą się jednak do osób potencjalnie zdrowych (pod obserwacją i z zakazem opuszczania domu), a nie chorych. To luka, którą rządzący próbują załatać w pierwszej kolejności. Trwają właśnie prace nad instrukcjami, jak pakować, przewozić i przetrzymywać odpady (zarówno w domu, jak i w sortowniach), by zminimalizować szanse ekspansji wirusa. Mają zostać przedstawione na dniach.
Nie czekając na wytyczne, firmy same wprowadziły już restrykcyjne metody, by zabezpieczyć zdrowie pracowników. Wielu z nich – kierowcy, ładowacze, sortowacze – pracuje blisko siebie i w ciągłym kontakcie z odpadami. A zgodnie z ostatnimi badaniami wirus może – w odpowiednich warunkach, wilgotności i temperaturze – przetrwać w nich od kilku godzin do trzech dni (choć niektórzy w branży przekonują, że jest to nawet dziewięć dni).
– Pierzemy odzież nie dwa, ale trzy razy w tygodniu. Mierzymy temperaturę pracownikom. Mamy jeszcze płyny dezynfekcyjne i rękawiczki, ale z goglami i kombinezonami jest już gorzej. Jesteśmy zmuszeni pracować wolniej, w trybie zmianowym. Efektywność sortowania spada, bo odpowiada za nie mniej osób – mówi Tomasz Uciński, prezes Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej w Koszalinie.
Wiele sortowni zwolniło obroty. – W części zakładów brygady są rozdzielane czasowo lub miejscowo, a jednocześnie przeprowadzana jest uproszczona dezynfekcja – mówi Katarzyna Błachowicz, członek zarządu Klastra Gospodarki Odpadowej i Recyklingu – Krajowego Klastra Kluczowego. To po to, by w razie wykrycia koronawirusa u jednego pracownika nie narażać na zakażenie wszystkich pozostałych w zakładzie i ograniczyć szkody do minimum. – My wdrożyliśmy taką procedurę, że kierowcy ciężarówek dostarczających surowiec nie mają kontaktu z magazynierami. Od momentu wjazdu do zakładu kierowcy nie opuszczają kabiny, co uniemożliwia transmisję wirusa na personel zakładu – mówi Szymon Dziak-Czekan, prezes Stowarzyszenia „Polski Recykling”.

Miasta spowalniają

Na zimne dmuchają też samorządy. Coraz więcej miast ogranicza odbiór wybranych frakcji: śmieciarki rzadziej przyjeżdżają po odpady segregowane, by w pierwszej kolejności wywieźć z dala od ludzi śmieci zmieszane, które najszybciej, chociażby z powodu zapachu, stałyby się uciążliwe dla mieszkańców. Tak jest chociażby w Chorzowie, gdzie odpady segregowane są już odbierane tylko raz w miesiącu. Jeszcze radykalniejsze ograniczenia wprowadziły władze Żor, które tymczasowo zawiesiły odbiór papieru, szkła, tworzyw sztucznych i metali. U źródła problemu leżą braki kadrowe.
Niewykluczone, że na podobne restrykcje wkrótce zdecydują się Katowice. – Odbiór odpadów odbywa się aktualnie bez zakłóceń. Wstrzymaliśmy jedynie realizowanie usługi wydawania worków na gruz budowlany. W najbliższym czasie należy jednak liczyć się ze zmianami w harmonogramach lub ograniczeniami w odbiorze niektórych frakcji – wyjaśnia wiceprezes MPGK Robert Potucha. Powód? Znowu braki kadrowe. Tak samo w Kielcach, gdzie odbiór frakcji segregowanych zszedł na dalszy plan, a odpady są odbierane w godzinach nocnych (od godz. 20 do 6 rano), by zredukować kontakt pracowników z mieszkańcami. Wstrzymano też dodatkowe usługi: mycie pojemników i akcje edukacyjne.
Niektóre miasta ograniczyły także pracę punktów selektywnej zbiórki odpadów, do których powinny trafić śmieci nienadające się do przydomowych pojemników (np. gruz, meble, opony, elektronika). Od 16 marca do odwołania zamknięto PSZOK-i w Okonku, Jastrowiu, Krajence, Brzeźnie, Gajewie, Drawskim Młynie, Wieluniu i Krzyżu Wielkopolskim. Nieczynne są też punkty w Gorzycach, Szydłowie, Starczy, Siennicy, Rymanowie, Bolkowie, Oleśnicy. Lista codziennie się wydłuża.
W wielu samorządach może to być jedynie preludium do poważniejszych problemów. Przy utrzymujących się ograniczeniach środowiskowych i brakach kadrowych niechybnie dojdzie do tarć na linii gminy – spółki odbierające odpady.
Z takim kryzysem mierzą się właśnie w 18-tys. gminie Sokółka (woj. podlaskie). I choć geneza konfliktu sięga jeszcze czasów sprzed pandemii, to jest on symptomatyczny dla problemów, z którymi mierzy się dziś prawie cała branża komunalna. Sytuacja jest patowa: odpady zalegają na ulicach, MPO ich nie odbiera, bo nie ma ich dokąd zawieźć. Spółce grozi bankructwo, a burmistrz chce ją zdyscyplinować, nakładając na nią kary za niewywiązywanie się z obowiązków. Jak do tego doszło? Jak wyjaśnia Wiesław Puszko, prezes MPO Sokółka, do tej pory odpady z gminy trafiały na składowisko w Hryniewiczach i do spalarni w Białymstoku. Sęk w tym, że zarządzająca nimi spółka Lech musiała wstrzymać odbiór ze względu na limity. W tym czasie MPO wywoziła śmieci do sortowni w Ostrowi Mazowieckiej, ale już tego nie robi ze względu na koszty – w obecnej sytuacji wożenie odpadów do dalej położonych instalacji rozłoży spółkę na łopatki. Podobnie zresztą jak kary umowne nakładane przez gminę.

Śmieciowy król jest nagi

Co można zrobić? Dziś coraz częściej słyszy się głosy, że musimy przejść w tryb awaryjny. Odłożyć na bok wdrażanie gospodarki obiegu zamkniętego i nastawić się na najprostsze, a przy tym najbezpieczniejsze metody utylizacji odpadów: spalanie lub składowanie. W obu przypadkach bez segregowania odpadów, co w normalnej sytuacji jest niedopuszczalne. Śmieci odebrane od mieszkańców muszą być dodatkowo oczyszczane i dzielone według wagi, rozmiaru, rodzaju tworzywa (osobno np. plastiki czy aluminium). Teraz to, co śmieciarka zabierze, jechałoby prosto do spalarni albo lądowało na składowisku, czyli na hałdzie śmieci, tyle że położonej z dala od ludzi. Musimy wybrać mniejsze zło – przekonują przedstawiciele branży.
Na drodze stoją przepisy. Obecnie wszyscy uczestnicy rynku mają ręce związane decyzjami administracyjnymi, które – tak jak w przypadku przywołanych już instalacji w Hryniewiczach, Białymstoku lub Ostrowi Mazowieckiej – szczegółowo określają limity i procesy, jakim mają być poddawane określone strumienie odpadów. A za niewywiązanie się z tych procedur grożą horrendalne kary, włącznie z zamknięciem zakładu, co tylko pogłębiłoby kryzys.
– Wychodzi na jaw, jak zapóźnieni jesteśmy w sprawie zakładów termicznego przekształcania odpadów, które dziś mogłyby rozwiązać najpilniejsze problemy w gospodarce komunalnej – mówi Michał Dąbrowski, prezes Polskiej Izby Gospodarki Odpadami. Wylicza, że w całej Europie działa prawie 500 takich instalacji. W jego ocenie wysłanie odpadów na ruszt byłoby najszybszą drogą, by pozbyć się problematycznych frakcji (m.in. z obiektów lub terenów objętych kwarantanną). Rzecz w tym, że polskie spalarnie już teraz są zapchane, a budowa nowych lub rozbudowa istniejących to wyzwanie inwestycyjne na kilka lat. A pandemię mamy teraz. Stąd postulat, by tam, gdzie technologia na to pozwala, zwiększyć określany w zezwoleniach limit masy odpadów do spalenia. Niektóre instalacje mogłyby ich przyjmować o 10–15 proc. więcej. Już teraz.
Drugim tymczasowym rozwiązaniem byłoby dopuszczenie do składowania odpadów bez sortowania. Dziś prawo tego zabrania. Taki sposób pozbycia się odpadów jest uznawany za najgorszy z punktu widzenia ochrony środowiska, ale też za bezpieczny dla ludzi obsługujących śmieci. Gmina zostaje jednak z górą odpadów na swoim terenie.
Rozwiązanie to ma jeszcze jeden istotny mankament. Koszty. Dziś firmy płacą 270 zł za każdą tonę odpadów skierowaną na wysypisko. To tzw. opłata marszałkowska, która drastycznie wzrosła w ostatnich latach. Do 2035 r. musimy ograniczyć składowanie do 10 proc. całej masy produkowanych rocznie odpadów (dziś to 40–60 proc.). Taki fiskalny bat miał wymóc na firmach zwrot w kierunku recyklingu. Czy się to udało, to nie jest teraz najważniejsze. Kluczowe jest bowiem to, że skierowanie 100 proc. odpadów bez sortowania – jak proponuje część branży – oznaczałoby drastyczny wzrost kosztów po stronie firm. – W naszym przypadku byłby to trzykrotny wzrost opłat, z ok. 500 tys. zł miesięcznie do 1,5 mln zł – przekonuje Jacek Połomka, prezes zarządu Zakładu Zagospodarowania Odpadów w Marszowie. Dodaje, że ponoszenie tak wysokich kosztów może w konsekwencji doprowadzić do upadku wielu podmiotów i spółek komunalnych w całej Polsce.
Pojawia się więc postulat, by zawiesić na czas pandemii pobieranie opłat marszałkowskich. Stracą na tym gminy, na których terenie znajdują się wysypiska (otrzymują 50 proc. opłaty jako rekompensatę za straty w środowisku), starostwa (10 proc.) oraz administracja rządowa – Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej oraz konkretny wojewódzki fundusz dzielą się z pozostałymi 40 proc. opłaty w proporcji 65/35 proc.
Inni twierdzą, że należy obniżyć haracz, by nie dobijać firm, ale nie można dawać im przyzwolenia na bezkosztowe pozbywanie się odpadów. Zielone światło dla takich działań będzie bowiem demoralizujące dla wielu podmiotów, które miesiącami (nie wiadomo, jak długo ma trwać ten stan tymczasowy) będą mogły wypychać śmieci na składowiska.

Koło ratunkowe czy betonowe buty?

Nie wszyscy są przychylni temu rozwiązaniu. Zmian najbardziej obawia się branża recyklingu. Widzi dwa główne zagrożenia: przy braku segregacji straci dostęp do surowca. – Spodziewamy się ogromnych kłopotów z zachowaniem cyklu produkcyjnego. Kryzys związany z koronawirusem rozwija się dopiero od kilku tygodni, a my już widzimy spadek zainteresowania naszymi produktami (recyklatami – red.), gdyż są one wypierane przez produkty z surowców pierwotnych – przekonuje Szymon Dziak-Czekan. Wyjaśnia, że przy drastycznie spadającej cenie ropy, wyprodukowanie nowych plastikowych produktów, w tym opakowań jest znacznie tańsze niż przetwarzanie już powstałych odpadów.
Po drugie, obawiają się, że odchodząc od sortowania, zniweczymy ogrom pracy włożonej w edukację mieszkańców, przez co znowu upowszechni się mylne przekonanie, że segregacja to niepotrzebna fanaberia. Co odbije się nam czkawką w przyszłych latach. – Dlatego uważamy, że selektywnie zbierane odpady powinny być nadal odbierane od mieszkańców, by zachować ciągłość dostaw surowca i produkcji w zakładach recyklingu. Odchodząc teraz od segregacji, w praktyce oddalamy się od gospodarki o obiegu zamkniętym, a to właśnie takich rozwiązań teraz potrzebujemy najbardziej, by utrzymać funkcjonowanie branży i dać jej impuls do rozwoju. Jeżeli brak zbytu się utrzyma, to skutkiem będzie bankructwo wielu firm – dodaje Dziak-Czekan.
Na horyzoncie pojawia się jeszcze trzeci problem, czyli wywiązanie się z wyśrubowanych wymogów UE dotyczących recyklingu. Na koniec tego roku gminy będą musiały udokumentować przetworzenie ponad połowy śmieci wyprodukowanych przez mieszkańców. Nie jest tajemnicą, że do osiągnięcia tego celu było nam daleko jeszcze przed epidemią (w optymistycznym wariancie jesteśmy w połowie drogi, przy pesymistycznych wyliczeniach poddajemy recyklingowi zaledwie kilka procent całego strumienia). Kary za każdy brakujący procent będą wysokie – wynoszą 270 zł od tony nieprzetworzonych odpadów. W wielu miastach kwoty te szłyby w dziesiątki milionów złotych.
Branża wydaje się jednak pogodzona z tym, że założonych poziomów nie osiągniemy i kary trzeba będzie zapłacić lub poprosić o ich odroczenie. Zwłaszcza że – mimo słabych wyników – nie jesteśmy czarną owcą w UE. Nie tylko nam wiele brakuje do osiągnięcia wymaganych poziomów. Niewykluczone więc, że po pandemii i spowodowanym przez wirusa kryzysie gospodarczym UE da państwom członkowskim więcej czasu na wywiązanie się z obowiązków.

Wielomiesięczna tymczasowość

Branża zaapelowała do rządu, by zrezygnować z niektórych krępujących ją regulacji. I zanosi się na to, że część postulatów zostanie przyjęta. Zmiany, choć nie tak daleko idące, jak niektórzy by chcieli, zapowiedział już wiceminister klimatu Jacek Ozdoba. – Plan jest taki, by dać branży narzędzia do działania w czasie kryzysu, ale nie wywracać rynku do góry nogami i kontynuować, na ile to możliwe, dotychczasową politykę, w której składowanie jest ostatecznością – mówi Marek Goleń, ekspert gospodarki odpadami, dziś doradca wiceministra klimatu Jacka Ozdoby.
Nie należy więc spodziewać się rewolucji, która pozwoli firmom i samorządom ignorować wciąż obowiązujące wymogi środowiskowe. Te, które jednak znajdą się pod ścianą z powodu pandemii, będą mogły przejść w tryb awaryjny, jeśli zgodę na to wyrazi wojewoda. W założeniu mają to być jednak działania punktowe i doraźne, ze sztywno określonymi terminami i procedurami (np. jakie odpady można przyjąć, jak dużo, gdzie je trzymać, zawieźć itp.), które będą każdorazowo dopasowywane do konkretnego przypadku. Z naszych ustaleń wynika, że zostaną też zwiększone limity w spalarniach, a opłaty marszałkowskie pozostaną na obecnym poziomie. Szczegóły mają zostać przedstawione w przyszłym tygodniu.
Niestety, nawet szybkie zduszenie pandemii nie oznacza jeszcze końca problemów. Zamknięte dziś PSZOK-i mogą za jakiś czas zostać zasypane odpadami, które dziś zalegają w mieszkaniach. – Gdy minie zasadnicze zagrożenie, do punktów trafi znaczna masa odpadów. Ale wiele zostanie też wystawionych do altan śmietnikowych albo wyląduje w lasach i rowach. Na to też musimy być przygotowani – mówi Andrzej Gawłowski, ekspert gospodarki odpadami.
Ten scenariusz staje się coraz bardziej prawdopodobny. – Polacy mają w tym roku bardzo dużo czasu na wiosenne porządki. Opróżniane są strychy, garaże, stare szafy. Z jednej strony drastycznie spada ilość odpadów odbieranych z przemysłu, m.in. gastronomii i sektora drobnych usług, a z drugiej rosną ilości wytwarzane przez gospodarstwa domowe – mówi Szymon Dziak-Czekan. Obserwacje te potwierdza Katarzyna Błachowicz. – Po pierwszej fali kwarantanny, gdy Polacy raczej podchodzili do niej bardziej jako do czasu wolnego i zajęli się remontami, mieliśmy więcej odpadów gabarytowych. Ale to się wkrótce zmieni i będzie ich mniej. Obecnie obserwujemy zwiększoną konsumpcję artykułów higienicznych i żywności. Ale przy kryzysie, który nas czeka, można zakładać, że 80 proc. budżetu domowego będzie kierowane na dobra podstawowe (żywność), a nie luksusowe – mówi.
Magazyn DGP z 3.04.2020 / Dziennik Gazeta Prawna
Który scenariusz się ziści? Ten optymistyczny, w którym jedynym problemem nadchodzących miesięcy będzie nadmiar odpadów po remontach i porządkach? Czy ten pesymistyczny, opisany na samym początku? Nie wiadomo. Banałem byłoby powiedzieć dziś, że sytuacja zmienia się dynamicznie i trudno prognozować, z jakimi wyzwaniami będziemy mierzyć się za tydzień, miesiąc, rok. Ale dla branży odpadowej, która w ciągu ostatnich trzech lat przeżyła kilka rewolucji i nagłych zmian kursu, to marne pocieszenie. Zwłaszcza że wiele spraw i tak wymaga pilnej interwencji legislacyjnej. Do lipca mamy uchwalić przepisy wprowadzające rozszerzoną odpowiedzialność producenta, która powinna przemodelować rynek i zapewnić zastrzyk pieniędzy dla branży, co pozwoliłoby obniżyć ceny za śmieci. Samorządy i branża czekają też na ogłoszenie listy nowych spalarni, które miałyby zostać dopuszczone do budowy, w czym wielu upatruje szans na przerwanie licznych patologii (w tym stale rosnących kosztów) na rynku. Lista miała zostać opublikowana przed wakacjami. Wiadomo już jednak, że rządzący chcą dać sobie czas do końca roku. Dziś priorytetem dla rządu jest gaszenie pożarów, więc trudno mówić o systemowym myśleniu.