Pod pewnymi względami nowa ustawa refundacyjna jest ustawą fascynującą. Żeby było jasne: piszę to z ironią i drwiną – pewnie jak duża część czytelników uważam te przepisy za spore nieszczęście, tryb wprowadzenia ich w życie za skandaliczny, komunikację ze społeczeństwem za grube nieporozumienie, a upór rządu i polityków partii rządzącej, żeby poeksperymentować na żywym organizmie pacjentów, lekarzy, aptekarzy i kilku jeszcze grup – za niezrozumiały.
A jednak element niezdrowej może fascynacji przy tym wszystkim istnieje. Polega on na nieobliczalności efektów ustawy. Nie wiadomo, w kogo ona jeszcze uderzy, jakie skutki odniesie, jak to odczują pacjenci, a jak na przykład biznes. Wczoraj okazało się, że jednymi z największych przegranych są apteki, których wartość sprzedaży w styczniu była prawie o jedną czwartą niższa niż rok wcześniej.
Co ciekawe, cios w apteki przyszedł z mało spodziewanej strony. Część skutków ustawy refundacyjnej już miesiące temu byli w stanie przewidzieć rynkowi gracze, którzy zresztą próbowali – i tutaj użyję bardzo nielubianego w Polsce słowa – lobbować na rzecz zmiany przyjmowanych właśnie przepisów. Ich prognoza całkowicie się sprawdziła w sensie powszechnego bałaganu i chaosu, którego ofiarą padali pacjenci. Ale była też mowa o utrudnieniach w prowadzeniu biznesu. Nie tylko przez, tfu-tfu, wielkie firmy farmaceutyczne, które nie marzą o niczym innym, jak o wydrenowaniu państwowej kasy i kieszeni indywidualnych klientów. Ustawa refundacyjna miała też dać po łapach hurtownikom leków i aptekarzom. Tyle że w przypadku tych ostatnich kwestią decydującą miał się stać na przykład niższy poziom marż i zakaz jakiejkolwiek reklamy.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.