Autopromocja

Andrysiak: Bijmy lekarzy, w końcu kogoś trzeba bić

28 grudnia 2011

Jeśli coś może rozgrzać polskiego pacjenta do czerwoności, to nie gorączka, a protest lekarzy. Obojętne, słuszny czy nie, tak to już jest, że medycy nie mają w społeczeństwie dobrej prasy. Wiadomo, tak im dobrze, że nie powinni protestować. W dodatku – kosztem pacjentów.

Ten „koszt pacjentów” słychać zewsząd i tym razem. Lekarze burzą się, bo ministerstwo narzuciło na nich obowiązek sprawdzania, czy pacjent ma prawo do ubezpieczenia. Jeśli wypiszą receptę z niepoprawnym poziomem refundacji, zapłacą karę. Dlatego od nowego roku chcą umieszczać na receptach pieczątkę „refundacja do decyzji NFZ”. To oznacza dla pacjentów kłopoty.

Z jednej strony dobro leczonych, z drugiej komfort lekarzy. Kto ma wątpliwości, co ważniejsze? Ale to fałszywa alternatywa. W całym sporze umyka jedno: państwo po raz kolejny przerzuca obowiązki, z którymi z powodu własnej ułomności nie potrafi sobie poradzić, na obywateli. W tym wypadku – lekarzy. To państwo od dwudziestu lat reformuje służbę zdrowia i nie umie rozwiązać tak prostego problemu, jak stworzenie bazy osób płacących składki. W dodatku – co kompromituje je jeszcze bardziej – ono takie bazy posiada, choćby w ZUS, gdzie trafiają nasze składki, i NFZ, ale do dziś nie opanowało sensu słowa „kompatybilny” (przypominam rządowi, za słownikiem W. Kopalińskiego: zgodny, dający się pogodzić, harmonijny, niesprzeczny). To państwo wymaga od obywatela druków i druczków, bo jak się nimi nie okaże, to choćby i zapłacił tysiące złotych składek, to praw żadnych nie ma.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.