Do chirurgii onkologicznej dokładają od 20 do 40 proc., w zależności od zabiegu. Do otolaryngologii – 30 proc.
Dominika Sikora / fot. Wojtek Górski / DGP
Koszt operacji oszczędzającej piersi wynosi 8,2 tys. zł (średnie wyliczenie z dwóch ośrodków). Refundacja z NFZ – ok. 5,8 tys. zł. To oznacza, że do każdego chorego szpital musi dokładać ok. 2,5 tys. zł. Na to, jak mówią dyrektorzy placówek onkologicznych, ich nie stać. I apelują o wprowadzenie natychmiastowych zmian: finansowych i organizacyjnych.
Reklama
Jako winnego wskazują zmiany w pakiecie onkologicznym z 2015 r. Miały one poprawić jakość leczenia poprzez zachęty finansowe dla szpitali w zamian za spełnienie dodatkowych wymogów. Jednak okazało się, że realizacja szybkiej ścieżki wpędza zainteresowanych w długi.

Reklama
Jednym z celi reformy było wzmocnienie leczenia w trybie dziennym. Dlatego wycena hospitalizacji przy chemioterapii została obcięta o 20 proc., w teleradioterapii o ponad 60 proc., zaś cena za dzienne leczenie wzrosła. Zasada była prosta: im dłużej pacjent jest w szpitalu, tym mniej każdego kolejnego dnia dostaje za niego placówka. Przykładowy efekt: za cztery dni hospitalizacji wyceny spadły z 14 tys. do 11 tys. zł. A jako że wielu chorych musi być hospitalizowane, to długi szpitali szybko rosną.
– To prawda, placówki onkologiczne mają obecnie z tego powodu kłopot finansowy. Ale także dlatego że nie udało im się dostosować do nowych wymogów – uważa były urzędnik Ministerstwa Zdrowia, który brał udział przy wprowadzeniu pakietu.
Ale inni eksperci wskazują, że sprawa nie jest tak jednoznaczna. Pakiet od początku zawierał celowe zapisy, które utrudniały, a czasem wręcz uniemożliwiały korzystne rozliczenie procedur, bo NFZ zwyczajnie nie miał pieniędzy – mówi jeden z ekspertów. I wśród przykładów podaje np. 14 dni na zdiagnozowanie nowotworu, co w przypadku części chorób nie jest możliwe. Jeśli szpitale nie zdążą, nie dostają pieniędzy.
Przypomina też, że wprowadzono koordynatora, który pomaga pacjentom m.in. zorientować się w systemie. – Pomysł super, ale dodatkowych pieniędzy na to nie ma – mówi jeden z dyrektorów. Za zatrudnienie dodatkowych osób musieli zapłacić z własnego budżetu.
Owszem niektóre ośrodki wielu pacjentów przesunęły na leczenie dzienne, żeby nie dokładać do leczenia. – Udało im się głównie dlatego że tych ciężej chorych, którzy wymagają pobytu w szpitalu, przesyłają do wyspecjalizowanych ośrodków onkologicznych – tłumaczy Adam Maciejczyk, dyrektor Dolnośląskiego Centrum. U nich średnio ok. 30 proc. chorych wymaga pobytu w szpitalu przy radioterapii. – Przy raku szyi i głowy nawet 80 proc. chorych musi być hospitalizowanych, z kolei przy raku piersi ten odsetek jest znikomy – wylicza dyrektor dolnośląskiej placówki.
Jeden dzień pobytu w szpitalu kosztuje 490 zł, a NFZ płaci za to 156 zł (średnie wyliczenie z trzech ośrodków), więc placówka dokłada.
Nawet te jednostki, które przy wprowadzaniu pakietu były pokazywane jako przykład, straciły na jego wejściu. – Udaje nam się minimalizować straty poprzez usprawnienie organizacji, pilnujemy terminów, przeprowadziliśmy wiele szkoleń personelu pod kątem wykorzystania pakietu – wylicza Agnieszka Bielińska, rzecznik bydgoskiego Centrum Onkologii. Pacjentów przenieśli częściowo do hotelu działającego tuż obok. – Szpital jest droższy, ponieważ wiąże się z opieką lekarską i pielęgniarską. Ale ustalono, że stawka za hotel i hospitalizację jest taka sama. Część pacjentów ze względu na stan kliniczny musi pozostać w szpitalu – mówi rzeczniczka placówki.
– O tym, że taki problem będzie, było wiadomo od samego początku, kiedy wprowadzono zmiany w finansowaniu onkologii. I nawet jeżeli uporządkowano system w niektórych obszarach i faktycznie nie ma niepotrzebnego przetrzymywania pacjentów, to jednak nie mogą tracić na tym te najbardziej specjalistyczne placówki zajmujące się najciężej chorymi – uważa Rafał Janiszewski, ekspert w ochronie zdrowia.
OZPCiIO uważa, że rozwiązaniem byłoby wprowadzenie sieci placówek onkologicznych i współpracy szpitali o największym potencjale klinicznym, kadrowym i sprzętowym w regionie. Najbardziej doświadczone ośrodki miałyby pełnić funkcję koordynującą i nadzorować pozostałe podmioty w regionie. Mogłyby konsultować wyniki leczenia pacjentów czy ustalać dalszą ścieżkę leczenia.
Jak przekonują dyrektorzy, konieczne jest przeprowadzenie przeglądu kosztowego procedur onkologicznych i urealnienie ich wyceny. Do tego wyższe stawki powinny dostawać te ośrodki, które chorymi na raka zajmują się kompleksowo.

Minister Radziwiłł wycofuje się z płatnego leczenia

Wczoraj po rozmowie z premier Beatą Szydło minister zdrowia wstrzymał konsultacje zmian w ustawie o działalności leczniczej. Zakładały one m.in., że publiczne szpitale będą mogły realizować usługi również komercyjnie. Propozycja wywołała jednak burzę.

Konstanty Radziwiłł relacjonował premier planowane zmiany, w tym dotyczące sieci szpitali, ale nie obyło się też bez dyskusji o projekcie ustawy o działalności leczniczej, który został skierowany do konsultacji tydzień wcześniej. Minister zdrowia przez ostatnie dni bronił zawartych w nim propozycji, tłumacząc m.in. że szpitale mają często nie w pełni wykorzystane moce, które mogłyby wykorzystać, badając czy operując chorych odpłatnie, poza kontraktem z NFZ. I w ten sposób dostałyby dopływ pieniędzy (szacowano, że mogłoby to być dodatkowe 5 proc. ich budżetu). Organizacje pacjenckie uważały, że na zmianie chorzy mogą nawet skorzystać, bo już teraz wiele wizyt i badań robią odpłatnie, by nie czekać w długich kolejkach. Ale część ekspertów i związki zawodowe alarmowała, że chorzy mogą być przez szpitale segregowani na lepszych i gorszych, a proponowane zmiany mogą doprowadzić do przymuszania do płatnego leczenia. I te obawy przeważyły szalę.

– W ramach uzgodnień z panią premier podjęta została decyzja o ponownej analizie projektu w Ministerstwie Zdrowia. Tym samym uprzejmie informujemy, że konsultacje projektu – do czasu zakończenia ponownej analizy w Ministerstwie Zdrowia – zostaną wstrzymane – poinformowało wczoraj po południu ministerstwo.

KOMENTARZ

Nadchodzi onkologiczne tsunami
Jak by nie nazywać chorób onkologicznych – inwazyjne, złośliwe, lekooporne – za chwilę, to właśnie one staną się największym naszym zabójcą (w tej chwili pierwsze miejsce wciąż należy do chorób układu krążenia). Mukherjee Siddhartha swoją książkę „Cesarz wszech chorób. Biografia Raka”, fascynującą kronikę schorzenia, które towarzyszy ludzkości od ponad 5 tys. lat, kończy fundamentalnym stwierdzeniem. Autor pisze, że nie ma już co sobie stawiać pytania czy, tylko kiedy dotknie nas rak. O tym musimy pamiętać my, potencjalne ofiary, ale również politycy. My jako społeczeństwo możemy starać się żyć zdrowiej, zwracać większą uwagę na profilaktykę, ale to w rękach decydentów leży klucz do takiego systemu leczenia chorób onkologicznych, który zapewni najlepszą z możliwych (czyli na miarę naszych możliwości, również finansowych) opiekę medyczną. Prawda jest bowiem brutalna. Wszystkich nie uda się skutecznie wyleczyć, nigdy nie uda się zlikwidować kolejek do specjalistów. Ale państwo (czytaj: rząd) może zadbać o to, żeby system leczenia onkologicznego był przejrzysty, zrozumiały i przyjazny dla pacjenta. Bo inaczej wygrany będzie jeden – rak. W chaosie zabójca będzie zbierał swoje żniwo jeszcze szybciej. Stworzenie systemu, w którym pacjent ma gwarancję, że jego leczenie zostanie sfinansowane, to wyzwanie, z którym nie radził sobie poprzedni rząd, a przegrywa też obecny. To słowa samych dyrektorów szpitali, czyli ludzi, którzy najlepiej wiedzą, z jaką codziennością zderzają się chorzy onkologicznie. Czystym absurdem jest sprawa opisywana przez DGP kilka dni temu. Jeden w wiceministrów zdrowia obiecał środowiskom pacjenckim lepszy dostęp do refundacji terapii ostatniej szansy. Gdy z resortu odszedł, a jego zadania przejął następca, chorzy usłyszeli, że ten pomysł nie jest już aktualny. Żadnych zmian w tym zakresie nie będzie. Brak kontynuacji dobrych projektów poprzedników, nawet przeciwników politycznych, to jeden z najgorszych grzechów elit rządzących. Dopóki interes polityczny wygrywa z interesem obywateli, dopóty możemy zapomnieć o skutecznej terapii.