Fabryka samochodów elektrycznych ma kosztować ok. 4,5 mld zł i być finansowana m.in. przez spółki energetyczne – ustalił DGP. Na razie o sukcesach w realizacji rządowych planów trudno mówić.
Milion aut elektrycznych na polskich drogach w 2025 r. zapowiedziany niemal trzy lata temu przez premiera Mateusza Morawieckiego to mrzonka, a plany coraz bardziej rozmijają się z rzeczywistością. Liczba rejestrowanych w Polsce e-aut wzrosła w 2018 r. o 22,9 proc., ale na koniec roku było ich w sumie tylko 2,5 tys., wobec 14 tys., które powinniśmy mieć według rządowego planu. Zdaniem naszych rozmówców z biegiem czasu nożyce między założeniami a faktycznymi zakupami jeszcze będą się rozwierać. Na koniec 2019 r. powinno być już 20 tys. elektryków. To nierealne, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę coraz bardziej restrykcyjne normy dla silników spalinowych i taniejące baterie do aut elektrycznych. Jeśli elektryków będzie przybywało w tym samym tempie co w ub.r., to na koniec 2019 r. będzie ich w kraju 3 tys. Jeśli będzie przybywać ich w dotychczasowym tempie, w 2025 r. dojdziemy do… nieco ponad 12 tys.
W Norwegii, kraju o największym na świecie nasyceniu samochodami na prąd, auta te stanowią 17 proc. rynku kupowanych nowych pojazdów. Szacuje się, że gdyby od stycznia 2017 r. w Polsce zastosowano norweską kalkę, to w 2025 r. mielibyśmy jeżdżących po naszych drogach 240-260 tys. aut elektrycznych. W Norwegii e-auta zwolnione są z cła i VAT, mogą liczyć na darmowe parkowanie i poruszanie się buspasami. U nas jedyne, na co mogą liczyć nabywcy elektryków, to zwolnienie z akcyzy.