W dyskusjach o obciążeniach związanych z polityką klimatyczną wielokrotnie pojawia się stwierdzenie, że Niemcy są największymi trucicielami Europy, a mają opinię zielonego kraju. Argument ten pozostaje jednak w ustach oficjeli jedynie zgrabną formułką retoryczną, nie budząc absolutnie żadnych konstatacji. Wielka szkoda.
Reklama
Opublikowano tysiące komentarzy o tym, że powinno się zmieniać polską energetykę, stopniowo odchodząc od węgla, i drugie tyle o braku postępów w tym zakresie. Niewiele głosów dotyczyło natomiast kwestii odpowiedniej polityki informacyjnej, która wspomaga taką transformację ekonomiczną. Niestety Polska to przykład kraju, który ma problem nie tylko z realnym modernizowaniem swojej energetyki, ale również prowadzenia odpowiedniego PR na użytek wewnętrzny i zewnętrzny. O tej drugiej kwestii chciałbym opowiedzieć nieco szerzej, bo ma ona duże znaczenie w kontekście relacji z Komisją Europejską.
Jest rzeczą niezrozumiałą, dlaczego w momencie, gdy w związku z rosnącymi cenami uprawnień do emisji CO2 drożeje prąd, Ministerstwo Energii szuka pomocy w Brukseli, a w tym samym czasie przeforsowuje na siłę budowę dużej elektrowni węglowej w Ostrołęce. Upraszczając: z powodu węglowego charakteru energetyki w Polsce prąd będzie droższy, więc nasze władze szukają ratunku w Unii Europejskiej, ale podczas gdy trwają rozmowy na ten temat, budują duże źródło energii na węgiel. Abstrahując od oceny umiejętności dyplomatycznych oficjeli, można z całą pewnością stwierdzić, że o nowoczesnej komunikacji nie mają pojęcia.
Teraz czas na przykład bardziej wymowny i szkodliwy. Chciałbym go opisać, byśmy wszyscy zrozumieli, że niemiecki PR to prawdziwa sztuka i dzielą nas od niego lata świetlne. Wspomaga on niemiecką transformację energetyczną, łagodzi jej perturbacje i zjednuje przychylność KE. Polska jest go natomiast pozbawiona, a większość publicznych wypowiedzi naszych urzędników generuje dla gospodarki dodatkowe problemy, a więc działa odwrotnie od zamierzeń.

Reklama
Polska jest organizatorem światowego szczytu klimatycznego COP w Katowicach. To bardzo ważne wydarzenie, ponieważ mają zostać na nim wypracowane mechanizmy ograniczenia zmian klimatycznych. W pracach uczestniczą przedstawiciele większości państw świata. Węgiel nie jest podczas takiej imprezy mile widziany, bo jest paliwem wysokoemisyjnym, bardzo szkodliwym dla naszej planety.
Polskie władze, będące gospodarzem COP, najwyraźniej nie do końca zdają sobie sprawę, z jaką imprezą mają do czynienia. Jak inaczej tłumaczyć inauguracyjną wypowiedź prezydenta Andrzeja Dudy, który rozpoczynając katowicki szczyt, stwierdził, że „nie pozwoli na zamordowanie polskiego górnictwa”? Niestety nie było to jedyne faux pas, o którym rozpisywała się światowa prasa. W miejscu organizacji COP stanęły instalacje, których elementem był węgiel, a wśród sponsorów wydarzenia można było znaleźć górniczą spółkę JSW. O tym również informowali zszokowani dziennikarze.
Prawdziwą wisienką na torcie były natomiast deklaracje padające z ust polskich oficjeli i prezesów krajowych spółek podczas paneli dyskusyjnych zorganizowanych na COP. Mimo że profil imprezy dotyczył walki z globalnym ociepleniem, nie zabrakło wypowiedzi przekreślających celowość takich działań. Minister energii Krzysztof Tchórzewski podkreślił podczas jednego z nich, że: „obecny poziom wydobycia jest potrzebny na ponad 20 lat, aby zapewnić krajowi rozwój i uczestnictwo w skoku cywilizacyjnym”.
Skoro o resorcie energii mowa, to z niezrozumiałych przyczyn tuż przed COP w Katowicach, po trzech latach prac (jakby nie było innej daty, kiedy można to zrobić), ogłoszono nową strategię energetyczną Polski. Zakłada ona w zasadzie brak zasadniczej przebudowy struktury wytwarzania energii w naszym kraju aż do lat 30. Utrzymano legislacyjne ograniczenia dla energetyki wiatrowej na lądzie, odsunięto budowę elektrowni jądrowej do 2032 r. itd. W zasadzie oznacza to utrzymanie status quo i odroczenie modernizacji energetyki na kalendy greckie.
Nie jest to komentarz analizujący konieczność czy skuteczność odchodzenia Polski od węgla. Chciałem jedynie zauważyć, że nasze władze nie tylko nie potrafią realnie przebudowywać energetyki pod kątem potrzeb, jakie generują zmiany na świecie, ale również prowadzić komunikacji zmniejszającej ryzyko dla naszej gospodarki. Antagonizujemy się z KE i partnerami międzynarodowymi oraz przedstawiamy się za granicą jako węglowy skansen.
A przecież mogło być inaczej. Wystarczyłoby krótkofalowo przesunąć prezentację nowej polityki energetycznej na okres po COP, stonować wypowiedzi prezydenta i ministra energii na czas szczytu i skoncentrować się na narracji dotyczącej naszych osiągnięć w walce ze zmianami klimatu. Próbował to robić prezydent COP Michał Kurtyka, podkreślając rozwój elektromobilności nad Wisłą. Był jednak w swoich działaniach odosobniony. Długofalowo Polska potrzebuje konkretnej polityki komunikacyjnej i profesjonalnych specjalistów w tym zakresie. To obszar zbyt ważny, by powierzyć go byłym asystentom poselskim.