W pakiecie Arłukowicza jest punkt, który bardzo podoba się zarówno pacjentom, jak i podatnikom. Nawet tym na razie z usług publicznej służby zdrowia niekorzystającym. Kiedyś przecież zaczną, to tylko kwestia czasu. Minister zdrowia obiecuje, że placówki medyczne zaczną być rozliczane według efektów.
Reklama
Szpitale czy przychodnie, leczące skuteczniej, szybciej przywracające zdrowie pacjentom mają nareszcie być za to wynagradzane. Na więcej publicznych pieniędzy będą mogli liczyć ci, z których chorzy zadowoleni są bardziej. Na razie wysokość kontraktów z zadowoleniem chorych nic wspólnego nie ma.

Reklama
Jest nawet gorzej. Z najświeższego raportu Najwyższej Izby Kontroli wynika, że przy kupowaniu przez NFZ świadczeń medycznych nie obowiązują w zasadzie żadne czytelne kryteria. Bo nawet tam, gdzie fundusz je jakoś formułuje, to i tak nie sprawdza, czy zostały spełnione. Szpitale często np. deklarują, że mają sprzęt, którego posiadanie jest warunkiem kontraktu, oraz specjalistę w danej dziedzinie, a w rzeczywistości jest to fikcja. Wskazany doktor w tym samym czasie przyjmuje zupełnie gdzie indziej.
O żadnych próbach badania, gdzie nas leczą gorzej, a gdzie lepiej, nie ma nawet mowy. Coś takiego więc, jak chęć przyjrzenia się, które szpitale czy przychodnie szybciej i skuteczniej przywracają nam zdrowie – nie istnieje. Wniosek z tego taki, że ponad 60 mld zł, które każdego roku wydaje NFZ na nasze leczenie, trafia do kasy placówek, do których – być może – trafić nie powinno. W biznesie nie do pomyślenia! Niewykluczone jest także inne wytłumaczenie – o wielkości kontraktu może decydować korupcja. Jak nie wiadomo, o co chodzi, to najprawdopodobniej chodzi o pieniądze. Jakkolwiek jest, pacjenci widzą, że to, co dla nich jest najważniejsze – czyli skuteczność leczenia – przez NFZ brane pod uwagę nie jest.
Z wypowiedzi wielu lekarzy wynika jednak, że efekty leczenia brane pod uwagę być nie mogą. Czyli że minister obiecał nam coś, co i tak nie da się dotrzymać. I że on, sam lekarz, powinien świetnie z nierealności swojej obietnicy zdawać sobie sprawę. No bo jak wyliczyć skuteczność wyleczenia nowotworów, skoro każdy pacjent trafia do szpitala z tym samym wprawdzie rodzajem raka, np. prostaty, ale w innym ogólnym stanie zdrowia, z innym stopniem zaawansowania choroby, z mocniejszą lub słabszą wolą walki z chorobą oraz z wieloma jeszcze innymi cechami, które powodują, że nie da się go porównać z innymi, cierpiącymi na to samo, pacjentami. A skoro tak, to z faktu, że jednemu udało się przywrócić zdrowie, a drugiemu niestety nie, nie można wyciągać pochopnego wniosku, że ten pierwszy leczony był właściwie, zaś drugi – niekoniecznie.
Zwłaszcza że w dzisiejszej medycynie zdrowie chorego nie zależy od tego, czy trafi w ręce lekarza – wirtuoza i cudotwórcy, bo o sposobie dobranej kuracji w coraz większym stopniu nie decyduje już nawet jego wiedza medyczna, ale procedury i standardy, poniekąd narzucone z góry. Choć w tym momencie nie sposób nie wtrącić, że bardzo dużo zależy jednak od właściwej diagnozy.
Sama chęć mierzenia efektywności leczenia – twierdzą specjaliści od zarządzania służbą zdrowia – może się okazać dla pacjentów zabójcza. Dosłownie. Jeśli bowiem klinika zacznie być rozliczana z tego, ilu chorym cierpiącym na dany rodzaj raka udało się przeżyć, a w ilu przypadkach medycyna poniosła klęskę, to pojawia się wielka pokusa, aby pacjentów źle rokujących po prostu odsyłać do domu. Odmawiać im pomocy, choć można by przynajmniej przedłużyć im życie. To nie są argumenty wyssane z palca, ale wzięte z życia. Taką selekcję, bardziej lub mniej zawoalowaną, stosują przecież towarzystwa ubezpieczające na życie. Robią wszystko, aby ich klientami stawali się raczej młodzi i bogaci, a nie – starzy i z chudym portfelem.
Czy to znaczy, że najlepiej, aby w naszej służbie zdrowia zostało jak jest? Absolutnie nie! Każdy pacjent woli trafić do przychodni czy szpitala, w których leczą lepiej niż gorzej. I to jego pragnienie system musi szanować i próbować je spełnić. Bo to nie jest fanaberia, ale prawo. Za nasze własne pieniądze. Może więc nie da się dostarczyć nam twardych danych, ale inne publiczne systemy, choćby brytyjski NHS, starają się pacjentom jakąś wiedzę podać. Na przykład o poziomie śmiertelności w poszczególnych placówkach stosujących identyczną procedurę. W porównaniu ze średnią w danym kraju. Albo o poziomie komplikacji, nawrotów, zakażeń wewnątrzszpitalnych itp. Te informacje pozwolą się zorientować i o to właśnie chodzi.
Nasza służba zdrowia się przed tym broni rękami i nogami. Ale tego pragnienia pacjentów zagłuszyć się nie da. Jeśli szpitale nie zaczną nas do siebie przekonywać, również za pomocą danych statystycznych (jeśli gdzieś operuje się wiele przypadków danego rodzaju raka, to mamy prawo przypuszczać, że tam lekarze zyskali pod tym względem większą biegłość niż w placówce, gdzie tego typu operacje wykonuje się sporadycznie), to tym chętniej będziemy szukać wiedzy na portalach oceniających lekarzy. A tam więcej jest hejtu niż rzetelnej informacji.