Tomasz Zalewski

Tomasz Zalewski

źródło: DGP

Po raz kolejny media obiegły informacje o przepracowanych medykach, którzy w pogoni za pieniądzem pracują bez wytchnienia, ponad sto godzin bez odpoczynku dyżurują, operują i przyjmują pacjentów. Bardzo często wszystkie te aktywności wykonywane są dla jednego podmiotu, ale na podstawie różnych umów. Lekarz swój wielodniowy maraton zaczyna jako etatowy pracownik, by przeobrazić się w prywatny gabinet, który następnie staje się podwykonawcą dla innej placówki, i tak na okrągło. To wszystko jest legalne i PIP nie może się przyczepić, bo jako pracownik lekarz nie przekracza żadnych norm. Natury nie da się jednak oszukać i nawet najlepszy specjalista kiedyś musi odpocząć.

Wydaje się, że naturalną reakcją państwa powinno być wyeliminowanie takich sytuacji, które mogą być groźne dla pacjentów, jak i samych przepracowanych lekarzy. Niestety wszystko wskazuje na to, że jak zwykle skończy się na niczym.

Przede wszystkim, ograniczenie godzin pracy lekarzy oznaczać będzie obniżenie ich zarobków. Solidarność środowiska medyków była już testowana i strajk tysięcy z nich w przededniu kolejnych wyborów nie jest nikomu potrzebny.

Po drugie na obniżenie liczby godzin z jednoczesnym podniesieniem stawek nikogo nie stać, zresztą jest wolny rynek. Najlepsi czy najbardziej poszukiwani specjaliści narzuciliby satysfakcjonujące dla siebie stawki, które szpital musiałby zapłacić, aby działać. Ponadto limity pracy oznaczałyby konieczność zamknięcia niektórych oddziałów ze względu na brak kadry medycznej.

Z tych powodów w najbliższym czasie nic się nie zmieni. Skończy się na pohukiwaniach ministra, czy premiera. Tylko co jakiś czas przez media przemknie notka o danych PIP pokazujących kolejnych rekordzistów, którzy przepracowali setki godzin albo, co gorsza, news o dramacie pacjenta i jego rodziny wynikającym z kontaktu z przepracowanym medykiem.