Autopromocja

Solska: Solidaryzm pachnie frajerstwem

5 lipca 2012

Minister zdrowia Bartosz Arłukowicz o konieczności podniesienia składki zdrowotnej wspomina coraz częściej. Premier Donald Tusk nie mówi „nie”, wolałby jednak tę niepopularną decyzję odłożyć w czasie, a wcześniej nieco uszczelnić dziurawy system lecznictwa.

Co do tego, że w naszym kraju na ochronę zdrowia wydaje się za mało, wątpliwości jednak nie ma. Z publikacji Marka Wocha opartej na danych GUS („Instytucje kształtujące system opieki zdrowotnej w Polsce”, Warszawa 2012) wynika, że na leczenie statystycznego Kowalskiego wydaje się około 1,2 tys. dol. rocznie. W sąsiednich Czechach pula wynosi 1,8 tys. dol., zaś w Wielkiej Brytanii przekracza 3 tys. dol. rocznie. W Niemczech i we Francji roczna stawka sięga 3,8 tys. dol. Ze Stanami Zjednoczonymi porównywać się nie ma sensu, tam na zdrowie wydaje się bowiem horrendalne pieniądze, około 7,5 tys. dol. rocznie.

Jeśli patrzy się na problem od strony statystyki, wniosek wydaje się oczywisty – średnie wydatki na utrzymanie w zdrowiu przeciętnego Kowalskiego są w Polsce zbyt małe. Dopóki dopisywała koniunktura i gospodarka rozwijała się szybciej, rosły nasze zarobki, a wraz z nimi wpływy do NFZ – można było liczyć, że wydatki na zdrowie rosnąć będą automatycznie wraz z PKB. Okazuje się jednak, że PKB nie maleje, a mimo to do kasy funduszu pieniędzy wpływa mniej, niż zaplanowano. Dziura w NFZ powoduje nerwowość ministra zdrowia i chęć załatania jej większą składką. Zanim jednak politycy rzucą się, żeby ją zwiększać, powinni wcześniej przeanalizować, z czyjej kieszeni tak naprawdę pochodzą pieniądze, za które publiczny system ochrony zdrowia usiłuje utrzymać w znośnej kondycji 38 mln Polaków.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png