Jeżeli katowiccy śledczy mają rację, macki mafii lekowej sięgały znacznie dalej, niż ktokolwiek sądził.
Zbigniew N., były główny inspektor farmaceutyczny, został zatrzymany przez funkcjonariuszy Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Postawiono mu już zarzuty (grozi mu do 10 lat pozbawienia wolności), a sąd podjął decyzję o zastosowaniu tymczasowego aresztowania.
„Obszerny materiał dowodowy zgromadzony w tej sprawie wykazał, że podejrzany będąc zobowiązanym do nadzoru nad rynkiem farmaceutycznym, dopuszczał do dalszego działania hurtowni farmaceutycznej i podejmował decyzje korzystne dla przedsiębiorcy, pomimo ustaleń pracowników Państwowej Inspekcji Farmaceutycznej o nieprawidłowościach w funkcjonowaniu podmiotu” – poinformowało CBA w komunikacie.
Reklama
Byłemu najważniejszemu urzędnikowi lekowemu w Polsce zarzuca się co najmniej przymykanie oczu na działalność podmiotu nielegalnie wywożącego z Polski leki. Niektórzy nieoficjalnie mówią, że o żadnej nieświadomości w działaniu nie może być mowy.
– Zatrzymanie tak ważnego byłego urzędnika państwowego stanowi niestety potwierdzenie wieloletniej nieudolności walki państwa polskiego z mafią lekową. Jeśli zarzuty są prawdziwe, to znaczyłoby, że urzędnicy inspekcji, wykonując rzetelnie swoją pracę i wskazując podmioty łamiące przepisy, byli strofowani przez szefa całej inspekcji. To naprawdę przerażająca wizja – mówi z kolei Piotr Rykowski, ekspert w dziedzinie rynku medycznego.

Reklama
Zwraca uwagę, że przez wiele lat cały uczciwie działający rynek farmaceutyczny nie rozumiał, dlaczego główny inspektor dopuszczał do istnienia patologii, np. możliwości prowadzenia fikcyjnych przychodni, służących jedynie prowadzeniu nielegalnego wywozu leków. Rykowski zaznacza, że nie wie, czy było to celowe przymykanie oczu, czy np. strach pracowników inspekcji. Bo – o czym pisaliśmy w DGP wielokrotnie – metody działania przestępców lekowych były typowo gangsterskie: przecinanie przewodów hamulcowych w samochodach inspektorów, straszenie rodzin, grożenie, że coś złego stanie się dzieciom urzędników.
Marek Tomków, wiceprezes Naczelnej Rady Aptekarskiej, zastrzega, że na razie niewiele wiemy o całej sprawie, więc nie wolno formułować ostatecznych ocen. Ale – podkreśla – bez wątpienia mamy do czynienia z bardzo niepokojącą sytuacją.
– Przypominam, że niedawno zatrzymano znanego profesora, który powoływał się na swoje wpływy w Urzędzie Rejestracji Produktów Leczniczych. Teraz zatrzymano znacznie ważniejszego byłego urzędnika. Gdyby zarzuty prokuratury się potwierdziły, byłby to niewątpliwie sygnał do gruntownego przebudowania nadzoru państwa nad obrotem lekami wartym ponad 30 mld zł rocznie – zaznacza Tomków.
Rozmówca DGP wskazuje, że dziś inspektorzy zarabiają kiepsko (często wolą pracować na etacie w czyjejś aptece, gdzie zarobią więcej niż w GIF), a w urzędach brakuje pieniędzy nawet na paliwo do służbowych aut.
– W ten sposób nie da walczyć się z przestępczością lekową. Mam nadzieję, że zrealizowane zostaną postulaty służb sprzed kilkunastu miesięcy i wreszcie w Polsce zostanie utworzona silna policja lekowa z dużymi uprawnieniami i solidnym finansowaniem. Tak jak to działa w wielu państwach na świecie – wskazuje Marek Tomków.
O potrzebie zmian mówi także Piotr Rykowski. Jego zdaniem potrzeba m.in. obiecywanej od lat pionizacji inspekcji. Dziś wojewódzcy inspektorzy farmaceutyczni podlegają bowiem nie głównemu inspektorowi (jest on jedynie instancją odwoławczą od wydawanych decyzji), lecz wojewodom. W efekcie w tych województwach, w których walkę z przestępczością lekową traktuje się poważnie, inspekcja działa przyzwoicie. W większości przypadków jednak wojewodowie nie chcą przeznaczać na ten cel pieniędzy. Efekt? Ogrom rynkowych patologii.
– Pokładam dużą nadzieję w obecnym ministrze zdrowia, który ma szerokie spojrzenie na cały system ochrony zdrowia. Być może to on mógłby zwrócić uwagę na to, że trzeba w końcu wzmocnić inspekcję farmaceutyczną – kończy Piotr Rykowski.