Nawet jeśli Polska i inne kraje europejskie powoli się rozmrażają, to powrót do normalności jeszcze trochę potrwa. Świadczy o tym chociażby wciąż bijący licznik z globalną liczbą zakażeń i zgonów. Ta pierwsza wartość niebawem zbliży się do 5 mln. Ta druga niedawno przekroczyła 300 tys. To tak, jakby w ciągu paru miesięcy wyparowali wszyscy mieszkańcy Katowic lub Białegostoku.
Nic dziwnego, że w takiej sytuacji instynktownie poszukujemy dobrych informacji. Do takich z pewnością należą doniesienia o postępach prac nad szczepionkami przeciw SARS-CoV-2. Nie można ich jednak przeceniać. Eksperci powtarzają, że preparat mógłby trafić na rynek najwcześniej za 18 miesięcy, a i to przy założeniu, że wszystko pójdzie jak z płatka. Świat szczepionek nie zna bowiem przypadków, gdzie od wykrycia zagrożenia do gotowego remedium mijają dwa lata.
Szczególnej lekcji pokory natura udzieliła nam w przypadku wirusa HIV. Pomimo dekad prac preparat chroniący przed nim jeszcze długo nie będzie gotowy. W lutym, kiedy koronawirus dopiero zaczynał swój ponury marsz po świecie w Republice Południowej Afryki, fiaskiem zakończyło się największe od lat badanie szczepionki na HIV z udziałem tysięcy kandydatów.
Jak się okazało, preparat nie zapewniał nawet odrobiny ochrony. Osoby, którym go podano, zakażały się wirusem tak samo często jak uczestnicy badania, którzy otrzymali placebo.
Reklama
Dlatego do informacji o przełomach w pracach nad szczepionkami należy podchodzić ze szczególną ostrożnością. Tak się składa, że takie doniesienia pojawiły się wczoraj: amerykańska firma Moderna, która jako pierwsza rozpoczęła badania preparatu przeciw SARS-CoV-2 z udziałem ludzi, poinformowała o wstępnych wynikach. U wszystkich uczestników badania wykryto przeciwciała świadczące o tym, że preparat działa, czyli że organizm nauczył się rozpoznawać koronawirusa. Ich poziom miał być taki jak u osób, które przeszły infekcję i zwalczyły wirusa.

Reklama
To krzepiąca wiadomość, ale należy odczytać ją we właściwym kontekście. Po pierwsze, Moderna podała do wiadomości wynik tzw. pierwszej fazy badań klinicznych. Odbywa się ona zawsze na niewielkiej – w tym wypadku było to 45 osób – grupie osób i jej celem jest sprawdzenie, czy preparat jest szkodliwy. Na razie wygląda na to, że nie; u czterech osób odnotowano niegroźne efekty uboczne (tj. zaczerwienienie w miejscu szczepienia).
Teraz firma chce niezwłocznie uruchomić drugą fazę badań, gdzie m.in. kalibruje się dawkowanie preparatu. Jeśli jednak chcemy przekonać się, czy Moderna trafiła ze swoim produktem w 10, trzeba będzie jednak poczekać dopiero na wyniki trzeciej, w której bierze udział największa liczba ochotników. Wówczas dopiero stanie się jasne – a przynajmniej bardziej jasne, niż jest teraz – czy mamy do czynienia ze skutecznym i bezpiecznym preparatem.
Bezpieczeństwo jest tutaj kluczowe, ponieważ wiele wskazuje na to, że tą szczepionkę będziemy podawać wszystkim – i młodym, i starym. To m.in. dlatego do wczesnych wyników Moderny należy podchodzić ostrożnie. Nie zapewniają bowiem jeszcze informacji odnośnie tego, jak na preparat reagują poszczególne grupy wiekowe. Po prostu musimy poczekać na efekty badań na znacznie większej grupie.
A jeśli się okaże, że preparat będzie wywoływał fatalne efekty uboczne u kilku na 100 tys. zaszczepionych? Przecież w skali 40-mln kraju przekłada się to na tysiące ludzi. Który szef resortu zdrowia wyda rekomendację o obowiązkowym szczepieniu preparatem skazującym na dzień dobry ekwiwalent małego miasteczka na niepotrzebne cierpienie? Historycznie wycofywano już z rynku szczepionki, które wywoływały efekty uboczne z taką częstotliwością.
Co więcej, nawet jeśli szczepionka okaże się i skuteczna, i bezpieczna, to wcale nie znaczy, że możemy odtrąbić sukces. Problemem będzie bowiem jeszcze produkcja preparatu w wystarczającej ilości (przy założeniu, że SARS-CoV-2 dalej będzie poważnym problemem i będziemy chcieli szczepić wszystkich). Moderna zapowiedziała niedawno, że we współpracy z inną firmą będą w stanie wytwarzać miliard sztuk rocznie. Na planecie zamieszkanej przez 8 mld ludzi to oznacza, że globalna akcja szczepienna będzie trwała osiem lat.
Jak w niedawnej rozmowie uzmysłowił mi jednak prof. Egbert Piasecki z Instytutu Immunologii i Terapii Doświadczalnej im. Ludwika Hirszfelda Polskiej Akademii Nauk we Wrocławiu, to może być stanowczo za długo. Istnieją bowiem podejrzenia, że nabyta odporność na koronawirusa nie utrzymuje się przez całe życie, ale trwa kilka lat. Jeśli owo „kilka” miałoby oznaczać np. 2–3 lata, to pierwszy miliard zaszczepionych straciłby odporność, zanim byśmy zaszczepili ostatnich. Wówczas trzeba by było powtarzać całą zabawę od początku.
Pytań dotyczących szczepionki jest więc tak dużo, że nawet krzepiące wieści dają powody co najwyżej do ostrożnego optymizmu. Czy szczepionka okaże się bezpieczna na większych grupach ludzi? Czy tolerować ją będą osoby starsze, którym jest szczególnie potrzebna? Jak zareagują najmłodsi? Czy nie będzie miała długofalowych efektów ubocznych? Czy wystarczy jej dla wszystkich, a jeśli nie, kto będzie pierwszy w kolejce – i kto będzie o tym decydował?
Na razie nie pozostaje nam więc nic innego, jak często myć ręce. I pogodzić się z myślą, że SARS-CoV-2 może prędko nie odejść.
Istnieją podejrzenia, że nabyta odporność na koronawirusa nie utrzymuje się przez całe życie, ale trwa kilka lat. Jeśli owo „kilka” miałoby oznaczać np. 2–3 lata, to pierwszy miliard zaszczepionych straciłby odporność, zanim byśmy zaszczepili ostatnich