Taki obraz walki z procederem tzw. odwróconego łańcucha dystrybucji (odwróconego, bo lek zamiast z apteki do pacjenta trafia z apteki do hurtowni farmaceutycznej, a następnie jest wywożony poza Polskę) przedstawił kilka dni temu minister sprawiedliwości prokurator generalny Zbigniew Ziobro. Powiedzmy wprost – obraz co najmniej wypaczony, a można się pokusić o stwierdzenie, że nieprawdziwy.

Ziobro wskazał, że w 2015 r. Sejm, jeszcze za rządów koalicji PO-PSL, sprawił mafii lekowej prezent, czyniąc z przestępstwa wywozu niezbędnych w Polsce produktów leczniczych (a formalnie – prowadzenia apteki wbrew warunkom wydanego zezwolenia, bo o tym stanowił przepis) wykroczenie administracyjne. To prawda, zmiana ta była kuriozalna. Ale warto pamiętać, że ani jeden poseł Prawa i Sprawiedliwości nie zagłosował przeciwko niej. Można więc przypuszczać, że parlamentarzyści najzwyczajniej w świecie nie wiedzieli, za czym głosują. Dlatego mówienie dziś, że ktoś sprawił prezent mafii lekowej, jest być może widowiskowe politycznie i medialnie, ale warto pamiętać, że prezent ten sprawili politycy od lewa do prawa.

W czerwcu 2019 r. weszła jednak ustawa, na mocy której za nielegalny wywóz można wsadzić kogoś za kratki nawet na 10 lat. Ziobro przedstawił to jako sukces w walce z mafią lekową. Sęk w tym, że podobny przepis karny istniał od 2001 do 2015 r. Od 2015 do 2019 r. można było oskarżać wywozowców z przepisów kodeksu karnego o narażeniu na utratę zdrowia lub życia oraz za działalność w zorganizowanej grupie przestępczej. I ile osób przez te niemal dwie dekady trafiło za kratki za nielegalny wywóz? Ani jedna. To znaczy jedna, ale to dłuższa opowieść na inną okazję i bynajmniej – przynajmniej patrząc w kwalifikację prawną czynu zastosowaną przez sąd – nie siedzi za wywóz.

Kryteria oceny, czy w walce z mafią lekową odnosimy jako państwo sukcesy, czy porażki, moim skromnym zdaniem są zgoła inne niż te wskazane przez prokuratora generalnego. Miarą sukcesu nie jest ani obecność w porządku prawnym odstraszającego przepisu karnego, ani liczba osób zatrzymanych za udział w procederze odwróconego łańcucha dystrybucji. To oczywiście działania pożądane, ale mimo wszystko wtórne. Kluczowe jest to, czy w polskiej aptece leki można dostać, czy pacjent odchodzi z kwitkiem. I tu niestety przez ostatnie cztery lata sytuacja się pogorszyła zamiast polepszyć. Podczas gdy w 2015 r. na liście produktów leczniczych zagrożonych wywozem (listę tę sporządza się na podstawie braków w aptekach) znajdowało się ok. 180 pozycji, to dziś jest ich już 350. Dla jasności: to nie jest zarzut wyłącznie do obecnego rządu. Fakt, że liczba deficytowych medykamentów się zwiększa, a nie zmniejsza, to efekt wieloletnich zaniedbań wszystkich rządzących, niezależnie od barw politycznych. Obecnie rządzący jednak nie powinni negować faktów. A te są takie, że sytuacja jest fatalna. Trudno uwierzyć, by od słów Zbigniewa Ziobry oraz wprowadzenia dotkliwej sankcji karnej przestępcy przestali wywozić leki z Polski.

To, czego potrzeba, to możliwie najszybszego wykrywania nieprawidłowości. A tego nie robi prokurator, choćby najdoskonalszy, tylko wyspecjalizowany urzędnik. Teoretycznie takim w Polsce jest inspektor farmaceutyczny. Sęk w tym, że inspekcja w Polsce przez lata była lekceważona nie tylko przez przestępców, lecz także przez osoby w państwie decyzyjne. Parę lat temu przeciwko kilku byłym i obecnym inspektorom wywozowcy wnieśli prywatne akty oskarżenia, pozywali ich również na drodze cywilnej. Myślą Państwo, że Skarb Państwa zapłacił za adwokatów i pokrył wszelkie koszty związane z prowadzonymi postępowaniami? Oczywiście nie.

Do dziś w wielu inspektoratach na kontrolę jeździ się prywatnymi samochodami na własny koszt, a niekiedy lokalną komunikacją, bo brakuje pieniędzy na benzynę do auta. Inspektorzy zarabiają takie pieniądze, że kto może, ten ucieka do lepiej opłacanej pracy. Doszło do tego, że w jednym z województw przez kilka tygodni nikt nie kontrolował aptek i hurtowni, bo nie było ani jednego zdolnego do pracy inspektora.

A pieniędzy nie ma m.in. dlatego, że wojewódzcy inspektorzy farmaceutyczni podlegają wojewodom. Nie wszyscy z nich uważają kłopoty z dostępnością do medykamentów za sprawę do załatwienia na szczeblu wojewódzkim. Nie robią więc nic. W efekcie kluczowa z punktu widzenia walki z nielegalnym wywozem leków formacja jest zdekoncentrowana, biedna i bezzębna.

Obie strony sporu politycznego traktują niemoc państwa w walce z mafią lekową jako obuch w plemiennej walce – „wy jesteście winni”, „a nie, bo to wasza wina”. Słowa zastępują czyny. A jak wszyscy wiemy, gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Szkoda, że tymi trzecimi są przestępcy, którzy przerzucili się z handlu narkotykami na wywóz leków (naiwni ci, którzy myślą, że leki o wartości blisko 2 mld zł rocznie wywożą aptekarze i drobni krętacze), a nie potrzebujący ratunku pacjenci.