Autostrady w Polsce od samego początku mają pod górkę. Choć generalna zasada jest prosta i słuszna – trzeba budować. Diabeł jednak jak zwykle tkwi w szczegółach. Ot, weźmy na przykład system koncesyjny, dzięki któremu prywatne firmy postawiły fragmenty A1 i A2. Po latach okazało się, że nie są one instytucjami charytatywnymi i chcą na inwestycji zarobić, windując ceny przejazdów. Kierowcy rozpętali więc dyskusję, dlaczego autostrad nie buduje państwo, tylko pozwala kapitalistycznym krwiopijcom na wysysanie pieniędzy od biednych obywateli. Kolejna sprawa – bramki. Gdy 14 lat temu minister Marek Pol chciał, by płacenie w strefach poboru opłat zastąpić winietami, odsądzano go od czci i wiary.

Ale kiedy w zeszłe wakacje okazało się, że kolejki do wjazdu i wyjazdu z A1 ciągną się kilometrami a przejazd nad morze trwa niemal cały urlop, sympatyczny „Winietu” stał się wizjonerem, premier Donald Tusk zafundował sfrustrowanym Polakom bezpłatne przejazdy w weekendy i obiecał, że w kolejne wakacje sytuacja się nie powtórzy, bo system poboru opłat zostanie zmieniony. Co wyszło z tych deklaracji? Zapobiegliwi wczasowicze już biorą tydzień więcej wolnego, by poświęcić ten czas na czekanie przed bramkami. Bo nie zmieni się nic. I na koniec: okazuje się, że mimo ciągłych remontów, korków i drożyzny cenimy przejazd autostradą bardziej niż przypominającą wyścigi samochodowe jazdę bezpłatnymi drogami lokalnymi albo kolejową ruletkę (spóźni się czy nie). Bezczelnie przekraczamy zakładane natężenie ruchu i robimy koleiny. Nie przewidziała tego Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, nie przewidzieli koncesjonariusze. Morał? Autostrady miałyby się świetnie, gdyby nie kierowcy.