Dreamliner polskich kolei. Cud na torach. Rewelacja. Nowa jakość, dzięki której będzie żyło się lepiej. Zachwytom nad pendolino nie było końca. Kiedy niemal szybszy od własnych kół pociąg zaprezentowano po raz pierwszy, pół Polski nie mogło spać.
Reklama
Ale potem, dość szybko, skończył się parkiet, a zaczęły się schody. Do głosu doszli malkontenci. A to, że tory będą zbyt archaiczne – przekonywali – by wyśmienity wytwór kolejowej technologii mógł swoje skrzydła rozwinąć. A to, że bilety będą droższe, a jak nie droższe, to na pewno nie tańsze. A to, że tłok nas w tym pendolino czeka.
Ale to wszystko mało istotne. Ważniejsze jest to, że wskutek naszej powszechnej nieumiejętności porozumiewania się między sobą nowoczesne pociągi na tory wyjadą albo... nie wyjadą. To znaczy oczywiście kiedyś wyjadą, ale na razie nie wiadomo kiedy. Mieliśmy piękny show pod hasłem „Polityku, podlansuj się przy pociągu”, ale kiedy operatorzy telewizyjnych kamer rozeszli się do domów, z pendolino odpadł lukier. Ponieważ nikt z polityków, szczególnie przed wyborami, nie będzie miał odwagi tego powiedzieć, napiszę to ja: te pociągi są nam dzisiaj niepotrzebne. Kosztowały krocie, a pojadą z prędkością starych rozklekotanych, pachnących inaczej składów PKP. O ile w ogóle. Mam nowe hasło promujące superpociąg: Pendolino – wiele hałasu o nic.