Bo było szaro, bo zawsze chciała zostać aktorką, bo potem będzie za późno – powody zrobienia sobie przerwy w życiu zawodowym są różne. Wspólne jest jedno: ci, którzy wzięli „sabbata”, nie żałują swojej decyzji
Rzucić wszystko i pojechać na drugi koniec świata, na rok albo przynajmniej na kilka miesięcy – kto o tym nie zamarzył przynajmniej raz w życiu? Na świecie realizacja takich marzeń to ani żadna nowość, ani ewenement. A kilkumiesięczny czy roczny urlop nazywany sabbatical (od hebrajskiego shabbat, czyli czasu na odpoczynek) to wręcz prawo pracownika, który w jednym miejscu przepracował odpowiednio dużo czasu. W Polsce taka przerwa nadal jest traktowana jak dziwactwo. Są jednak tacy, którzy na podobną ekstrawagancję mają tak dużą ochotę, że nic ich nie powstrzyma.
Reklama
– Nie chciałam się obudzić jako 80-latka i uświadomić sobie, że nie miałam odwagi, żeby zrealizować marzenia – trzydziestokilkulatka Ewa Szewczyk, po kilku latach pracy jako konsultant w dużej firmie, postanowiła wyjechać do szkoły aktorskiej do Nowego Jorku. Na razie na rok. – Zwariowałaś? Nie masz dwudziestu lat. Masz dobrą prace, trzymaj się jej, a nie wygłupiaj – to były reakcje, z którymi się zazwyczaj spotykała. Początkowo wiele osób było sceptycznie nastawionych do jej pomysłu. Do Nowego Jorku trafiła na początku września. Pracodawca dał jej na rok bezpłatny urlop.

Reklama
Ekspert od centrów usług wspólnych, Romek Lubaczewski, partner w dziale doradztwa biznesowego firmy analitycznej PwC, planował wyjazd z pięcioletnim wyprzedzeniem. Ale wcześniej przepracował w firmie 18 lat. Całość skrupulatnie przygotował i wciąż przypominał szefowi: „Pamiętaj, za dwa lata jadę, za rok wyjeżdżam, za pół roku mnie nie będzie.” – Miało to na mnie pozytywny wpływ już na dłuższy czas przed wyjazdem. Plan, że za jakiś czas wyjadę, dodawał mi w pracy energii – opowiada. Powód urlopu? Odświeżyć głowę, nabrać sił i odpocząć. Poznać coś nowego. – Pomyślałem sobie, że jak pójdę na emeryturę, to będę gruby i nie będą miał już formy. A teraz mam i chęć, i siły, trzeba to wykorzystać – mówi Lubaczewski. Chciał też spędzić więcej czasu z żoną. Przez ostatnie lata dojeżdżał co tydzień z Krakowa do pracy w Warszawie. Na weekendy wracał do domu. To właśnie wtedy, kiedy zgadzał się na taki tryb pracy, postawił warunek z sabbaticalem. Jego plan na ten czas był jeden: podróżowanie. Najpierw w 65 dni dookoła świata, potem miesiąc we Włoszech i dwa tygodnie w Anglii.
Marcin, 33-latek z firmy konsultingowej, na sabbaticalu był w 2011 r., dość szybko po rozpoczęciu pracy. Był tak zdecydowany na podróż, że gdyby pracodawca nie zgodził się na jego plan, zrezygnowałby z posady. – Choć byłoby mi szkoda, bo ją lubię i powodem mojego wyjazdu nie było wypalenie czy też chęć refleksji nad życiem. Wyjeżdżałem, bo chciałem zobaczyć świat. Męczyła mnie już tutejsza szarość i monotonia – tłumaczy. I dodaje, że chciał sobie zrobić przerwę, zyskać dystans, przeżyć przygodę. I to mu się udało. A że akurat wziął ślub, razem z żoną zrobili sobie dłuższy miesiąc miodowy. I to sporo dłuższy: dziewięciomiesięczny. Cztery miesiące w Azji Południowo-Wschodniej, dwa miesiące w Australii, trzy miesiące w Ameryce Południowej. Na początku, kiedy powiedział szefom o swoim projekcie, patrzyli na niego krzywo, ale potem okazało się, że właściwie dlaczego nie.
Urlopowa norma
To, co w Polsce powoli się przyjmuje, na Zachodzie jest normą. A przynajmniej normą dla pracowników z wieloletnim doświadczeniem zawodowym, którzy sprawdzili się na swoim stanowisku, ale czują się wypaleni albo chcą poświęcić czas na rozwój na innych polach czy też odpocząć od pracy, podładować baterie, by potem wrócić do firmy i znowu intensywnie pracować. To z myślą o nich stworzono instytucję sabbaticalu. W dużych, globalnych korporacjach to wręcz prawo pracownika, takie samo jak urlop wychowawczy czy nagroda za intensywną pracę.
Ale nie tylko w globalnych korporacjach. Kilka miesięcy temu armia amerykańska ogłosiła, że przewiduje 3-letnie urlopy dla najlepszych żołnierzy. Po co to robi? Żeby nie stracić swoich najlepszych oficerów. Sieć sklepów w Wielkiej Brytanii zdecydowała się na to samo, a o swoim programie mówi otwarcie: łatwo zdobyć talenty, trudniej je utrzymać. Czas na odpoczynek ma być sposobem na przywiązanie do siebie świetnych pracowników.
W Polsce jednak nawet trzymiesięczne wyjazdy budzą konsternację. Jedna z firm, która ma taką przerwę w ofercie dla pracowników – również dlatego, że wymaga tego od niej międzynarodowa struktura – nie chce się tym chwalić. I tłumaczy nieoficjalnie: a co jak ustawi się kolejka chętnych? Cicho sza. Niech to lepiej będzie wiedza dla wtajemniczonych.
Nawet jeśli o takiej możliwości wiemy, niechętnie decydujemy się na dłuższą przerwę w pracy. Jeszcze niedawno takim wyborom nie sprzyjała rozchwiana gospodarka i duża niepewność na rynku pracy. Ale i dziś ludzie, którzy szukają czasu na prawdziwy odpoczynek albo chcą zrealizować cele wykraczające poza ścieżkę zawodowej kariery, są postrzegani jako pozytywni, ale jednak wariaci. – Prób zapobiegnięcia wypaleniu zawodowemu jest dziś więcej, ale patrząc na to, jak rozwinął się polski rynek pracy, i tak jest ich mało – ocenia Katarzyna Korpolewska, psycholog biznesu. – O wiele za mało.
Romek Lubaczewski nie rozumie krytycznego nastawienia do sabbaticali. Jego zdaniem firmy powinny się chwalić, że mają taki program, i same go wśród pracowników rozpropagować: bo każdy tego w tym czy innym momencie potrzebuje. – 0czywiście byłby kłopot, gdyby wyjechać chcieli wszyscy naraz, ale to się da przecież rozplanować – mówi partner PwC.
Sam wciela swoje idee w życie, opowiadając o tym pracownikom. W zespole ma chłopaka, który jego zdaniem zdecydowanie za dużo pracuje: siedzi bez przerwy w pracy, po nocy wysyła mejle, czasem jest i w weekend. – To nie służy. Nie jest dobre ani dla ciała, ani dla ducha. Mówię mu: wyjedź, odśwież się. Myślę, że uda mi się go namówić – śmieje się Lubaczewski. On sam uważa, że taka przerwa powinna stać się obowiązkiem dla wszystkich, by móc spojrzeć z oddali i oderwać się od codziennej pracy.
Marcin jest przekonany, że dla pracodawcy takie rozwiązanie ma spore plusy, bo dostaje nową, odświeżoną wersję pracownika, który już się u niego sprawdzał. – Choć brzmi to jak truizm, taki wyjazd czy złapanie oddechu naprawdę uczy otwartości, komunikacyjności, elastyczności – wylicza Marcin. I opowiada, że jak ostatnio współpracował biznesowo z Hindusami, zaczął od opowieści o ulubionych daniach i fajnych miejscach w Indiach. Lody zostały natychmiast przełamane.
W przypadku Ewy w firmie dyskutowano dość długo, czy dać jej bezpłatny urlop, bo czy na pewno wróci? Ale w końcu uznali, że aktorstwo się przyda również w zawodzie, który wykonuje. Rozwinie się, otworzy, zyska nowe spojrzenie. Zgodzili się. Miejsce pracy na nią czeka.
Własne granice
Sabbaticale to także wyzwanie dla pracownika. Aby stały się bardziej powszechne, potrzebna by była zmiana mentalności. – Choć polskie oddziały korporacji dają stabilną pracę i choć wielu pracowników na średnich stanowiskach ma za sobą naprawdę wystarczającą liczbę przepracowanych lat, są też często obyci w podróżowaniu, wciąż boją się, i to panicznie, by samemu sobie trochę odpuścić – mówi Katarzyna Korpolewska. I dodaje, że przecież sabbatical nie musi wcale oznaczać rocznej podróży dookoła świata.
Na krócej, bo na kilka miesięcy, wyjeżdża specjalista PR Krystian Cieślak. Za pierwszym razem kilka lat temu spędził trzy miesiące z przyjaciółmi, wybrali się w podróż po Azji, na trasie były Tajlandia, Kambodża, Laos, Wietnam, Malezja i Singapur. Rok później na półtora miesiąca wrócił do Kambodży, a dwa lata później spędził dwa miesiące w Indiach. – Jak pracujesz intensywnie w zawodzie wymagającym kreatywności, to po jakimś czasie dochodzisz do ściany. Alternatywą jest wypalenie zawodowe, zmiana pracy albo dłuższe wakacje. W moim przypadku to trzecie rozwiązanie działało bardzo dobrze – opowiada i dodaje, że za pierwszym razem właściwie postawił swojego pracodawcę pod ścianą. – Byłem zdeterminowany, że jeśli nie dostanę tego urlopu, to odejdę. Na szczęście spotkałem się ze zrozumieniem – wspomina. Później ustaliliśmy, że w takim rytmie będę brał urlopy: 10 miesięcy pracy non stop, a na zimę dwumiesięczny sabbatical – dodaje i zapewnia, że tego rodzaju zmiana, choć na początku bolesna dla pracodawcy, na dłuższą metę może się okazać zbawienna w skutkach, i to dla obydwu stron.
Choć klasyczny sabbatical to rok spędzony poza domem, wielu analityków rynku pracy ocenia, że pod tę kategorię podchodzą też urlopy dłuższe niż zwyczajowe dwa tygodnie. Zresztą za takimi przerwami opowiada się większość ekspertów. – Nie ma co się oszukiwać, wyjazd na tydzień to zdecydowanie za krótko, by naprawdę odpocząć. Stres związany z załatwianiem podróży, a potem nadrabianiem zaległości po powrocie, nie jest wart takiego urlopu. Są liczne badania psychologów, które pokazują, że niezbędny do regeneracji jest urlop co najmniej trzytygodniowy – podkreśla Korpolewska.
A mimo to niewielu z nas decyduje się na dłuższy wypoczynek. Wytłumaczenie jest proste: nie stać nas na to. I to nie tylko finansowo (sabbaticale raczej nie są przez najlepsze nawet firmy najlepszym nawet pracownikom refundowane), ale też mentalnie. – Po prostu boimy się. Boimy się, że po powrocie nie będzie już na nas czekała praca, że skoro firma dała sobie radę bez nas przez tak długi czas, to nie jesteśmy w niej potrzebni. Boimy się też tego, że wygryzie nas kolega, że stracimy szanse na awans, na podwyżki, że takich, co wracają z długich urlopów, traktuje się jako nielojalnych wobec pracodawcy – tłumaczy Korpolewska. – A praca wciąż jest dla nas dobrem większym niż zdrowie, dobrostan psychiczny czy dobre relacje w rodzinie. I to o tyle większym, że nawet – by dać przykład z innego obszaru – te kobiety, które może i w głębi duszy chciałyby wziąć pełny, długi urlop macierzyński i wychowawczy, ograniczają go, byle szybciej wrócić do firmy. Jakiś czas temu doradzałam pracownicy, która urodziła ciężko chore dziecko. Pracodawca, wiedząc o jej trudnej sytuacji rodzinnej, zaproponował jej przedłużenie tego urlopu. Kobieta zareagowała histerią, uznając, że to na pewno oznacza, że chcą się jej pozbyć, że jest już w firmie niepotrzebna – opowiada psycholog biznesu.
Na głęboką wodę
Podjęcie takiej decyzji nie jest proste – przyznaje Ewa Szewczyk. I opowiada, jak odkryła, że ograniczenia wynikają bardziej z przyzwyczajenia do poruszania się utartymi ścieżkami niż z realnych przeszkód. Poczuła wtedy ogromną ulgę. Przeprowadzka do Nowego Jorku to nie była spontaniczna decyzja, podjęta z dnia na dzień. Przez kilka lat, po pracy, nieraz naprawdę późno wieczorem, chodziła na warsztaty teatralne, wakacje poświęcała na naukę aktorstwa, uczyła się śpiewu. Potem postanowiła pójść dalej. Czyli wyjechać na rok.
Choć minęły niecałe dwa miesiące, ani przez chwilę nie żałuje swojej decyzji. – To najlepsze, co mogłam zrobić – przekonuje. – Niezależnie od tego, jak potoczy się mój los, zyskałam inną perspektywę. Nie da się tego wytłumaczyć, dopóki samemu się tego nie przeżyje – mówi Ewa.
Oczywiście jest jeszcze jeden powód, dla którego na sabbatical decydują się nieliczni – pieniądze. Romek Lubaczewski pytany, ile wydał, mówi wprost, że tę informację zachowa dla siebie. – Moja żona nawet nie wie i chyba nie chciałbym, by się dowiedziała – śmieje się. Jednak jako pracownik z dwudziestoletnim stażem w jednej z większych światowych korporacji, na stanowisku partnera, o pieniądze nie musiał się martwić. – Wiedziałem przez pięć lat, że wyjadę, w tym celu odkładałem – tłumaczy.
Jego firma też wspiera takie wyjazdy. – W naszym programie zakładamy, że minimalny okres trwania sabbaticalu to jeden miesiąc, a maksymalnie cztery miesiące, gdyż jest to rozsądny czas pozwalający na realizację wielu planów – tłumaczy Tomasz Miłosz, dyrektor ds. kapitału ludzkiego na Europę Środkowo-Wschodnią w PwC. W ciągu tych maksymalnie czterech miesięcy pracownik korzysta ze wszystkich benefitów, łącznie z opieką medyczną, otrzymuje miesięcznie także równowartość 25 proc. pensji. – Jeśli ktoś chciałby przedłużyć taki urlop ponad cztery miesiące przewidywane w programie, może to nastąpić już tylko w formie urlopu bezpłatnego – mówi Miłosz.
Marcin przekonuje, że można tak to wymyślić, żeby na sabbatical mogli sobie pozwolić nie tylko krezusi. On co prawda oszczędzał krócej, ale wybrał minimalistyczną wersję. Przede wszystkim z żoną wynajęli mieszkanie na czas swojej nieobecności, co im gwarantowało comiesięczny dochód. Posprawdzali, jak najtaniej można kupić bilety, gdzie spać. Dużo razy zostawali na noc w samochodzie i w namiocie. Na mieście jadali jedynie w Azji, gdzie jest w miarę tanio. Poza tym, jak przekonuje, jak się spędza nadgodziny w pracy i nie ma czasu na wydawanie pieniędzy, to potem łatwiej sobie na to pozwolić.
Ewa przyznaje, że właśnie kwestia finansowa była trudna. Ona też odkładała, chociażby na mieszkanie. Jednak postanowiła rzucić wszystko na jedną szalę. I całe oszczędności wydała na szkołę. Jeden rok nauki w prestiżowym The William Esper Studio w Nowym Jorku to koszt 19 tys. dol. (ponad 70 tys. zł). Kiedy zapłaciła czesne, zostało jej pieniędzy na trzy–cztery miesiące życia. Ale nie na cały rok. Znajomi namówili ją więc na crowdfunding (zbieranie pieniędzy w sieci na określony cel). Nagrała film i wrzuciła na portal Indigogo (igg.me/at/ewaNY). Cel to 15 tys. dol. Udało jej się zebrać prawie połowę, do końca zbiórki pozostało jeszcze kilka dni.
Pracownicy na wagarach przyznają, że mimo radości z realizacji planu towarzyszy im obawa: a co jak nie będą mnie chcieli. – Szczególnie pod koniec podróży miałem takie myśli – przyznaje Lubaczewski. Dla pracodawcy zaś największym strachem jest to, czy pracownik, dla którego blokował etat, wróci do firmy. Nie podpisuje przecież lojalki, więc gwarancji nie ma. Ale przywilej dłuższej przerwy ma być właśnie tym magnesem, który przywiąże pracownika. Choć powrót wcale nie jest prosty.
– Czy udało mi się szybko zaadaptować? Myślę, że chyba powoli zaczynam się przyzwyczajać – śmieje się Lubaczewski, który z podróży wrócił w lipcu tego roku.
– Trzy dni po dziewięciu miesiącach podróżowania z jednym plecakiem i namiotem musiałem wbić się w garnitur i zgolić trzymiesięczny zarost – wspomina Marcin. W pierwszej chwili czuł się wyobcowany, wspomina. Drugiego dnia siedział w open space, słuchał stukania w klawiaturę i spoglądając na skupione twarze kolegów – pomyślał sobie: czy oni są na pewno szczęśliwi?