Firmy prywatne boją się kryzysu. Z zapowiedzi wynika, że raczej będą zwalniać, niż przyjmować. Wiele wskazuje bowiem, że popyt na towary i usługi będzie się zmniejszał, a do prywatnego przedsiębiorstwa nikt dopłacał nie będzie. To logiczne. Ta logika nie dotyczy urzędów.
Biurokracja kieruje się bowiem zupełnie innymi zasadami, bo podatników do płacenia większych danin na państwo można zmusić, a konsumentów do zwiększonych zakupów nijak się nie da. Więc nawet urzędy, których przydatność dawno już stanęła pod znakiem zapytania, mnożą dla siebie zadania. Więcej zadań to przecież więcej etatów, zleceń. Czysty zysk, nawet przy zamrożonych pensjach.
Coraz mniej da się uzasadnić dalsze utrzymywanie Agencji Rynku Rolnego, w całym kraju zatrudniającej ponad 1,4 tys. osób. Kiedyś skupowała nadwyżki, na przykład zboża czy mięsa. Kiedy prywatne elewatory ziarna nie potrzebowały, albo – zdaniem rolników – płaciły za mało, zadaniem ARR było skupić i zapłacić więcej. Odkąd jednak weszliśmy do Unii i ceny surowców rolnych poszybowały, interwencja zamarła. Żaden rolnik nie będzie czekał do jesieni, żeby sprzedać pszenicę agencji po 105 euro (cenę interwencyjną wyznacza Bruksela), jeśli jej ceny rynkowe są dużo wyższe.
Drugim, ważnym dla rolników zadaniem ARR były też dopłaty do eksportu żywności. Ale te również topnieją, gdyż UE pod naciskiem Światowej Organizacji Handlu musi subwencje ograniczać. Jeszcze w 2005 r. wydała na ten cel 3 mld euro, ale w 2010 r. już tylko 14 mln euro. Celem WTO jest całkowita likwidacja subwencji. A więc zadań, do których ARR została powołana, już nie ma. Ale urzędnicze struktury w każdym powiecie trzymają się mocno. Nadal rocznie agencja wydaje 330 mln zł, prawie 97 proc. tej sumy z naszych kieszeni. Za jej pośrednictwem do szkół trafia szklanka mleka dla ucznia, a teraz jeszcze dodatkowo owoce. To ona organizuje przetargi na żywność dla organizacji charytatywnych. Z pewnością można by te pieniądze wydawać bardziej efektywnie. Nawet niektórzy politycy zorientowali się, że Agencja Rynku Rolnego stała się niepotrzebna.
Żeby uzasadnić sens swojego istnienia urzędy, które dawno przestały być potrzebne, wymyślają i mnożą dla siebie zadania. To jest walka z bezrobociem
Jej zadania z powodzeniem mogłaby przejąć Agencja Modernizacji i Restrukturyzacji Rolnictwa, z ogromną krajową strukturą. To dopiero moloch. Zatrudnia ponad 11 tys. osób i rocznie wydaje ponad 2 mld zł, prawie w całości z podatków obywateli polskich i unijnych. Przed niechcianą przez ludowców fuzją (to oni swoimi ludźmi obsadzają obie agencje) ARiMR wybroni się prawdopodobnie najświeższym pomysłem. Dzięki PSL rolnicy mogą teraz starać się o kolejny rodzaj dopłat – na zalesianie. Mają same zalety. Rolnikom stwarzają okazję do sięgnięcia po kolejne sumy, a urzędnikom zapewniają pełne ręce roboty przy wertowaniu papierów. Co najmniej przez następne 15 lat. I państwo zobowiązuje się do tego mimo kryzysu.
Wysokość pomocy, jaką może otrzymać rolnik na zalesianie gruntów, wynosi od 1700 do 6260 zł za hektar. To nie wszystko. Może jeszcze dorobić 2950 zł za hektar, grodząc młodą uprawę siatką metalową. Każdego następnego roku jego premia zalesieniowa wyniesie kolejne 1580 zł. Polska zarośnie lasem. Będzie potrzebny, bo wiele drzew trzeba będzie wyciąć na potrzebny papier na wnioski o przyznanie pomocy, plan zalesienia, o który należy zwrócić się do nadleśniczego, i kilkanaście zaświadczeń lub oświadczeń. Przez najbliższe 15 lat urzędnikom agencji nie zabraknie roboty.
Z powodu zwiększonego bezrobocia o nowe etaty zwrócą się też zapewne urzędy pracy. Żeby przeszkolić dwumilionową armię bezrobotnych, urzędnicy – jak twierdzi PKPP Lewiatan – tylko w nielicznych przypadkach pytają potencjalnych pracodawców, z czego. Na razie umiejętności, poszukiwane przez firmy, nie wydają się im interesujące. Największym wzięciem cieszą się firmy szkoleniowe, które uczą organizacji warsztatów oraz szkoleń z zakresu technik aktywnego poszukiwania pracy oraz kompetencji kluczowych. Im która więcej obieca, że nauczy szukać pracy, której nie ma, tym lepsza. Decydującym kryterium jest cena. Jest tylko jeden drobiazg – urzędy pracy nie mają jeszcze narzędzi, żeby móc ocenić jakość kupowanych przez siebie szkoleń. Nie wiedzą, co kupują, ale pieniądze podatników wydają. Brzmi jak żart.
Zanim weszliśmy do Unii, nie mogliśmy Polski urządzić lepiej, gdyż brakowało nam pieniędzy. Teraz, gdy je mamy (na razie), nie potrafimy wydawać z głową.