Jedna z pierwszych scen rozgrywałaby się w Warszawie w 2008 r., kiedy Michał Bieniek – świeżo upieczony doktor chemii – opuszcza gmach jednej z nobliwych, stołecznych instytucji akademickich. Zrezygnowany kilkutygodniowym odbijaniem się od drzwi do drzwi z obawą patrzy w przyszłość. Nikt nie chce przyjąć pod własne skrzydła technologicznego start-upu. Na drodze stoi głównie biurokracja. Bieniek nie ma laboratorium, produktu ani wystarczających środków prowadzenia biznesu na własną rękę. Ma tylko know-how. Przyszłość młodej firmy rysuje się w ciemnych barwach.

Szybki fast forward i sześć lat później Apeiron jest u progu globalnego sukcesu. Przed nim realna perspektywa zostania czwartym graczem na egzotycznym rynku chemicznych katalizatorów. Obecnie liczą się na nim tylko trzy firmy na świecie.

Brakuje tylko uruchomienia nowej linii produkcyjnej, co nastąpi w I kw. przyszłego roku. Kiedy to się już stanie, Apeiron będzie mógł oferować swój produkt w ilościach masowych. A w tej branży „masowo” znaczy kilkaset kilogramów rocznie. Co z tego, skoro za kilogram klienci płacą po 50–70 tys. euro.

Reakcja godna Nobla

W pewnym sensie dla klientów Apeironu jego produkt jest jak narkotyk: nie mogą bez niego funkcjonować. Ocenia się, że ok. 90 proc. reakcji chemicznych przeprowadzanych na masową skalę w przemyśle odbywa się przy użyciu katalizatorów. Światowy rynek ich produkcji jest wyceniany na 12,6 mld dol. Te substancje mają tę cudowną właściwość, że przyspieszają reakcje chemiczne setki, a nawet tysiące razy, same nie ulegając zniszczeniu.

Katalizator wytwarzany przez Apeiron służy do przyspieszania reakcji zwanej metatezą olefin. Za opisanie tego procesu Yves Chauvin w 2005 r. otrzymał Nagrodę Nobla z chemii. Razem z nim podzielą się nią Robert H. Grubbs i Richard Schrock, którzy opracowali pierwsze porządne katalizatory.

Badania nad reakcją metatezy, którą można porównać do wymiany partnerów w tańcu, uznawane są za jeden z najbardziej przyszłościowych działów chemii. Reakcja umożliwia produkcję w zasadzie niewyczerpanej liczby nowych środków chemicznych o nieznanych jeszcze właściwościach. Już dzisiaj wykorzystuje ją przemysł chemiczny w pracach nad zaawansowanymi typami plastików. Z kolei koncerny farmaceutyczne używają jej do wynajdywania nowych leków na infekcje bakteryjne, zapalenie wątroby typu C, raka, Alzheimera, zespół Downa, osteoporozę, zapalenie stawów, HIV/AIDS, a nawet migreny.

Na świecie produkcją tych związków zajmują się trzy firmy. Najważniejsza jest amerykańska Materia, która zaczęła najwcześniej i ma na pokładzie jednego z noblistów. Druga to belgijska Umicore, a trzecia to niemiecki Evonik. Z czego tylko ta pierwsza prowadzi własne badania nad katalizatorami i ma własne patenty. Pozostałe dwie jeżdżą po uniwersytetach na świecie, odkupują patenty i zawierają umowy licencyjne. Siłą rzeczy stanowią zagrożenie dla Apeironu, tylko jeśli idzie o wielkość produkcji. Najważniejszym konkurentem jest Materia.

Poproszę pół tony tego katalizatorka

W 2004 r. Michał Bieniek zaczął pracę nad doktoratem w Instytucie Chemii Organicznej Polskiej Akademii Nauk pod kierownictwem prof. Karola Greli, naukowca światowej sławy, jeśli idzie o katalizatory metatezy olefin. Komitet noblowski doceni ich wartość dopiero za rok (zresztą wymienią prof. Grelę jako osobę, która wniosła istotny wkład w tę dziedzinę), ale w środowisku naukowym zainteresowanie rewolucyjnymi związkami już jest duże. Podobnie w przemyśle: do Greli przez cały czas zgłaszają się przedstawiciele branży chemicznej i farmaceutycznej, zainteresowani związkami, nad którymi profesor pracuje i na które posiada patenty. Naukowcy bez odpowiednich możliwości produkcyjnych są w stanie zaoferować koncernom tylko sprzedaż patentów lub ich licencjonowanie. Te jednak są zainteresowane wyłącznie finalnym produktem. W ilościach przemysłowych.

Dlatego Bieniek do spółki z kolegą z zespołu, Łukaszem Gułajskim, decydują się dać przemysłowi to, czego potrzebuje – gotowy produkt, o którego wytwarzanie nie musi się martwić. Tak w 2009 r. powstaje Apeiron Synthesis („apeiron” w starogreckim znaczy „bezkres”) i już po enigmatycznej nazwie widać u założycieli smykałkę do interesów. – Na słowo wpadłem podczas nauki na doktorski egzamin z filozofii i od razu bardzo mi się podobało. Ale przede wszystkim zaczyna się na „a”, co oznacza, że we wszystkich katalogach targowych znajdujemy się na samym początku, a to jest bardzo ważne – mówi Bieniek. Wkrótce dołącza do nich także Krzysztof Skowerski z Torunia, który obejmie funkcję szefa badań.

Bardzo szybko dostają twardą lekcję biznesu high-tech w Polsce. Najprostsze byłoby założenie firmy do spółki z instytucją naukową. Ta udostępniłaby aparaturę badawczą, a zyskiem by się podzielili. Albo wychodząc od opracowanych już katalizatorów, skupić się na technologii ich produkcji. Żaden fundusz venture nie chciał jednak wyłożyć grosza na spółkę, która za partnera ma państwową instytucję. Z obawy przed biurokracją związaną z podejmowaniem decyzji. Niewykonalne okazały się także odkupienie lub licencja patentów przez wzgląd na raczkujący system transferu technologii z sektora państwowego do biznesu. Skąd wiadomo, że ktoś po latach nie wyciągnie uczelnianym oficjelom, że jakiś patent sprzedali za tanio?

W tym właśnie momencie poznajemy naszych bohaterów w przyszłej produkcji filmowej. Nie mieli żadnego produktu, nie mieli więc w ręku konkretu, na rozwój którego ktoś mógłby im dać pieniądze. Nikt przecież nie wyłoży milionów na sam pomysł. Kapitał początkowy równał się gromadzonym przez lata oszczędnościom pracowników akademickich, czyli stanowczo za mało, jak na taki projekt. Wtedy Wrocławski Park Technologiczny zgodził się sfinansować zakup potrzebnego sprzętu za ponad milion złotych, który nowo powstałej firmie wynajął.

Bardzo fajny pomysł, proszę przyjść później

Dlaczego naukowcy, przez wiele lat apelując o więcej pieniędzy na naukę, mieli rację? Dlatego że nauka kosztuje i Apeiron jest tego dobrym przykładem. Łącznie w grantach z Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości oraz Narodowego Centrum Badań i Rozwoju Apeiron otrzymał ok. 5 mln zł. Te pieniądze wystarczyły na pracę w warunkach dalekich od komfortu. Bieniek wspomina, że czasem zastanawiali się, komu zapłacić pierwszemu (Apeiron przez ten czas zatrudniał od 6 do 10 osób). – Były takie momenty, że ocieraliśmy się o upadłość. Przez rok ja i Łukasz nie pobieraliśmy żadnego wynagrodzenia. Nie było jednak mowy o tym, żeby zarzucić działalność – wspomina Bieniek.

Wiedzieli, że muszą opracować taki katalizator, który będzie trafiał w potrzeby przemysłu. Wiedzieli też, że dla firm farmaceutycznych największym problemem jest usunięcie z lekarstw resztek rutenu – metalu, na którym bazują owe katalizatory. W tej branży nie można sobie pozwolić nawet na najdrobniejsze zanieczyszczenia, leki muszą spełniać bardzo wyśrubowane normy czystości. Spełniający te warunki katalizator był gotowy w 2011 r., wtedy zgłosili pierwsze patenty.

Państwowe granty wystarczyły na opracowanie katalizatora, przymiarkę do produkcji masowej i działania przedsprzedażowe. Żeby jednak pójść w kierunku pełnej komercjalizacji, potrzebne były jeszcze większe pieniądze. Tutaj w filmie nastąpi ciąg scen, jak przed młodymi chemikami zatrzaskują się kolejne drzwi. – Żaden fundusz VC nie chciał dać nam pieniędzy, dopóki nie pokażemy zawartej umowy z jakimś koncernem, a żaden koncern nie chciał z nami zawrzeć umowy, dopóki nie byliśmy w stanie uruchomić produkcji – podkreśla Bieniek. Teoretycznie fundusze powinny być w stanie ocenić perspektywiczność danej technologii, ale w tym przypadku tak się nie stało. Z kolei inni inwestorzy oferowali co prawda pieniądze, ale za pakiety kontrolne w młodej spółce. Dopiero ostatnio udało im się trafić na kogoś, kogo można nazwać aniołem biznesu. Jego kilka milionów pozwoliło na uruchomienie wspomnianej już linii produkcyjnej we Wrocławiu.

Dzięki niej Apeiron będzie mógł produkować 100 kg katalizatora rocznie, ale to wystarczy, żeby zacząć deptać po piętach zagranicznej konkurencji. Bieniek ocenia, że będą w stanie obsłużyć dzięki temu 3–5 klientów. Wtedy zaczną zarabiać konkretne pieniądze i myśleć o dalszym zwiększeniu produkcji. Nie stanie się to jednak od razu, bo w przemyśle takie rzeczy zajmują kilka lat. Katalizatora nie można po prostu wrzucić do wielkiego kociołka. Wykorzystanie danego związku chemicznego w łańcuchu reakcji wymaga przystosowania linii technologicznych, co czasem zajmuje 4–7 lat. A przemysł zaczyna ten proces dopiero wtedy, gdy ma pewność, że otrzyma 20–30 kg rocznie.

Ostatnia scena filmu być może będzie wyglądać tak: Bieniek konferuje w Bostonie z przedstawicielami Big Pharmy, czyli największych firm farmaceutycznych. Trio chemików chce, żeby Apeiron za kilka lat był czołowym dostawcą katalizatorów dla firm farmaceutycznych. Przy czym nie chcą sprzedawać tylko swojego produktu, ale kompleksową usługę polegającą na pomocy we wdrażaniu katalizatora do procesu produkcji leków. Wtedy być może bezkres pokona materię.

Prowadzisz firmę? Opisz nam swoją historię i wygraj udział w elitarnej debacie! Weź udział w konkursie „Moja droga do wolności gospodarczej” i podziel się z nami swoimi doświadczeniami. Szczegóły tutaj.