1,96 mln ton z zagranicy, w tym 1,29 mln ton z Rosji, to bilans polskich zakupów tylko w styczniu 2019 r.
Reklama
Według nieopublikowanych jeszcze danych Eurostatu do Polski w styczniu 2019 r. przyjechało o niemal 0,5 mln ton więcej zagranicznego paliwa (w tym o 0,2 mln ton więcej z Rosji) w porównaniu do stycznia ubiegłego roku. Tyle że wówczas rekordowa liczba elektrowni i ciepłowni zgłaszała w Urzędzie Regulacji Energetyki zapasy węgla poniżej ustawowych, tymczasem obecnie nic takiego nie ma miejsca. – Zdarzają się zgłoszenia obniżeń zapasów, ale są to sprawy jednostkowe i nie dotyczą dużych elektrowni, lecz raczej mniejszych źródeł – mówi Agnieszka Głośniewska, rzeczniczka URE.
Z danych, do których dotarliśmy, wynika, że tylko w styczniu za zagraniczny węgiel Polska zapłaciła 813,9 mln zł, z czego 433,5 mln zł Rosjanom. W tym 14,3 mln zł kosztowało 25,4 tys. ton antracytu. Także tego ukraińskiego, który przyjeżdża do nas na rosyjskich papierach. Część surowca pochodzi z okupowanego Donbasu, gdzie Moskwa kradnie go Ukrainie (proceder ten opisywaliśmy wielokrotnie).
Węgiel ze Wschodu wciąż jest najtańszy. W ubiegłym roku średnia cena tony wyniosła ok. 335 zł, podczas gdy za kazachski trzeba było płacić 348 zł, a za kolumbijski – 358 zł. Za amerykański już 490 zł, a za australijski – nawet 853 zł (to wynika jednak z tego, że z tego kierunku kupujemy surowiec koksowy, bazę do produkcji stali, który jest po prostu znacznie droższy od energetycznego).
Sprzedawcy węgla z Rosji walczą o dominującą pozycję dostawcy na rynek europejski i jednocześnie zdobywają większe udziały w rozwijających się gospodarkach azjatyckich, takich jak Tajwan czy Korea. Jak wynika z danych Agencji Rozwoju Przemysłu, w ciągu 10 miesięcy 2018 r. Tajwan zwiększył import surowca z Rosji o 7 proc., do 8,5 mln ton, a Korea aż o 15,6 proc., do 18,6 mln ton. Produkcja węgla w Rosji w 2018 r. wyniosła 433 mln ton, co oznacza wzrost o 6,1 proc. w skali roku. Polska produkcja znowu spadła rok do roku z 65,5 mln ton do 63,4 mln ton.
Co ciekawe, importowym czempionem zgodnie z rządowym programem dla górnictwa węgla kamiennego przyjętym na początku ubiegłego roku był państwowy Węglokoks, który wcześniej koordynował… eksport polskiego węgla. Ale ten spadł z 7,1 mln ton w 2017 r. do niespełna 4,6 mln ton w 2018 r. Tymczasem Węglokoks w roku ubiegłym sprzedał 1,1 mln ton importowanego węgla, podczas gdy jego import do Polski wyniósł 19,67 mln ton.
Według naszych rozmówców sprawa rosnącego importu zaczyna być zastanawiająca. Jeden z naszych branżowych rozmówców policzył, że nadwyżka wynosi już kilka mln ton. Z danych ARP wynika, że krajowe zapasy paliwa na koniec stycznia wynosiły 2,24 mln ton. – To może oznaczać presję na obniżkę cen węgla kamiennego – twierdzi nasz rozmówca z branży. I dodaje, że obecna sytuacja jest wynikiem błędów strategicznych popełnionych w latach 2015–2018, kiedy ograniczano potencjał wydobywczy.
Szczególne znaczenie ma brak regulacji dotyczących węgla rosyjskiego. – Zapowiadane przez PiS embargo czy cło na ten produkt pozostało wspomnieniem, ustawa o jakości paliw stałych również mimo zapowiedzi nie zastopowała napływu wschodniego surowca. Do tego dochodzi słabość służb zakupowych w spółkach energetycznych i nieprzewidywalność produkcji Polskiej Grupy Górniczej – wylicza nasz rozmówca.
Jeśli spojrzeć na ceny węgla na światowych rynkach, w tym na europejski indeks ARA (Amsterdam – Rotterdam – Antwerpia), to tendencja spadkowa już jest widoczna. Rok temu cena oscylowała wokół 80 dol. za tonę, dziś to ok. 74 dol., choć w lipcu i październiku ceny dochodziły do nawet 103 dol. za tonę.
Jeśli dynamika importu, taka jak w styczniu, utrzyma się w pozostałych miesiącach, to tegoroczne zagraniczne zakupy Polski mogą dojść do ok. 25 mln ton. W 2018 r. zatrzymały się poniżej 20 mln ton.