Premier nie znalazła wczoraj czasu dla delegacji pań z szykowanego do zamknięcia zakładu w Suszcu.
Około 30-osobowa delegacja pracownic i żon górników z kopalni Krupiński, która do końca marca ma zakończyć wydobycie i zostać zamknięta, przyjechała wczoraj do Warszawy. Przed posiedzeniem rządu panie chciały wręczyć petycję w obronie kopalni premier Beacie Szydło.
Reklama

Reklama
– Nadzieja umiera ostatnia. Przedwyborcze obietnice PiS powinny być spełnione. Zamykane miały być tylko te kopalnie, gdzie kończy się złoże – mówiła DGP Danuta Siwonia pracująca w administracji kopalni. Anna Franczuk z kolei dodawała, że premier Szydło to ostatnia deska ratunku. Mówiła, że pracuje w Krupińskim ponad 30 lat, a więc od czasów, gdy kopalnia była jeszcze w budowie (powstała na początku lat 80. XX w.). Z delegacją pań przyjechała także kilkunastoletnia Marysia Leszczyńska. Z flagą Polski przed Kancelarią Prezesa Rady Ministrów zapewniała, że chce, by jej tata nadal mógł pracować właśnie w tej kopalni.
– Mąż pracuje tam 24 lata, idzie na emeryturę, ale ja bronię przyszłych miejsc pracy – mówiła nam z kolei Lucyna Sobiesiak. Panie jednak nie miały okazji spotkać Beaty Szydło. Wyszedł do nich Kacper Halski, zastępca dyrektora departamentu spraw obywatelskich w KPRM (ani dziennikarze, ani CIR przez dłuższą chwilę nie byli w stanie ustalić, kto odbiera petycję do pani premier).
– Jesteśmy bardzo rozczarowane. Nasza kopalnia ma złoże, a pani premier, która uratowała zakład w swych rodzinnych Brzeszczach, nie znalazła dla nas nawet 5 minut – powiedziała DGP Ewa Obstój, planistka z Krupińskiego.
Szef zakładowej Solidarności Mieczysław Kościuk, który towarzyszył kobiecej delegacji, pojechał jeszcze na ul. Nowogrodzką do siedziby PiS. – Nie zastałem pana prezesa Kaczyńskiego, ale zostawiłem mu zaproszenie do naszej kopalni. Mamy nadzieję na zmianę tej złej decyzji o likwidacji kopalni, która za dwa-trzy lata, gdy zacznie wydobywać węgiel koksowy, będzie przynosić zyski – przekonywał. W poniedziałek minister energii Krzysztof Tchórzewski nazwał obronę Krupińskiego lobbingiem.
Jastrzębska Spółka Węglowa, która jest właścicielem Krupińskiego, podjęła w sierpniu 2016 r. decyzję o likwidacji kopalni, bo ta w ciągu dekady przyniosła 900 mln zł strat. To warunek umowy restrukturyzacyjnej z bankami.
Zakład wydobywa węgiel energetyczny, nie koksowy – na dojście do złóż tego ostatniego, najdroższego, wycenianych na 40 mld zł potrzeba ok. 400 mln zł. JSW twierdzi, że ich nie ma. Załoga widzi jednak światełko w tunelu – JSW ma nowego p.o. prezesa. Został nim Daniel Ozon, szef rady nadzorczej, kilka lat temu wiceprezes JSW, który zdaniem związkowców dobrze zna sytuację kopalni i daje nadzieję na jej uratowanie. Sam zainteresowany jest na razie powściągliwy w komentarzach. – Rozumiem zaniepokojenie tą sytuacją, ale zapewniam, że żaden górnik nie straci pracy – powiedział DGP Ozon.
316 pracowników Krupińskiego już pracuje w innych zakładach JSW. 360 chce skorzystać z urlopu górniczego lub jednorazowej odprawy pieniężnej.