Nie – to odpowiedź na pytanie: „Czy system emerytalny zbankrutuje”, które jest tytułem opracowania publikowanego dziś przez think tank Instytut Badań Strukturalnych. Z analizy wynika, że mimo bardzo niekorzystnej sytuacji demograficznej system przetrwa, ale świadczenia, jakie będzie oferował, stopniowo staną się głodowe.

Ekonomiści IBS przeanalizowali, co się stanie z emeryturami, jeśli sprawdzą się prognozy mówiące, że populacja osób w wieku 15–64 lata, czyli w wieku produkcyjnym, zmniejszy się do 2060 r. o ok. 40 proc., z 27 mln obecnie, do 16 mln osób. Jednocześnie niemal podwoi się grupa osób w wieku emerytalnym, czyli powyżej 65. roku życia – z 6 do 11 mln osób. W 2060 r. na jednego emeryta będzie przypadać jedna osoba pracująca. Dziś na jednego pobierającego świadczenie przypada dwóch pracujących.

Z analizy wynika, że gdyby działała tylko demografia, to wydatki na polski system emerytalny musiałyby się podwoić i zamiast 11 proc. PKB dziś, w 2060 r. pożerałyby ok. 23 proc. PKB. Ale tak się nie stanie. Natomiast nastąpi bardzo duży, największy wśród krajów UE, spadek stopy zastąpienia. To relacja wielkości pierwszej emerytury do ostatniej płacy. Dziś świadczenia to ok. 60 proc. ostatniego wynagrodzenia. I jest to całkiem niezły wynik na tle innych krajów UE, co zawdzięczamy jeszcze staremu systemowi emerytalnemu. Ale z czasem zaczną dominować wypłaty dla osób, które nie miały kapitału początkowego w czasie reformy z 1999 r. i całość ich świadczeń będzie zależeć od wielkości składek i tego, jak długo je wpłacały. Nie jest z tym najlepiej, bo – na co zwracają autorzy – w Polsce dość popularne jest nadal zatrudnianie w formułach, gdzie składek na ZUS się w ogóle nie płaci albo są one niskie. Na dodatek przywrócono niższy wiek emerytalny, co dodatkowo skraca okres ubezpieczenia. Szczególnie mocno będzie to działać w przypadku kobiet, które mogą przechodzić na emeryturę już w wieku 60 lat. IBS przytacza szacunki, zgodnie z którymi za 40 lat dwie trzecie wszystkich emerytur będą stanowiły emerytury minimalne lub niższe. Spadek stóp zastąpienia będzie wyjątkowo dynamiczny, już w 2040 r. osoby kończące karierę zawodową będą dostawać zaledwie 28 proc. ostatniej pensji, zaś w 2060 r. będzie to mniej niż jedna czwarta. Gdyby do tego doszło, byłaby to jedna z najniższych wartości w Unii.

To cena za to, by wydatki na system emerytalny nie stały się większym obciążeniem dla finansów publicznych. Autorzy raportu zwracają uwagę, że podobny trend – czyli stabilizowanie wielkości wydatków emerytalnych – widać również w innych europejskich krajach, które osiągają to, jednak podnosząc wiek emerytalny i przykładając dużą wagę do zwiększania aktywności zawodowej osób starszych.

Skoro osób w wieku emerytalnym będzie przybywać, a świadczenia dla nich będą coraz mniejsze, to można się spodziewać coraz większej politycznej presji na rządzących, by wielkością emerytur sterować ręcznie. To jeden z wniosków, do jakich dochodzą autorzy opracowania. Według nich programy dodatkowego dobrowolnego oszczędzania na emeryturę w rodzaju indywidualnych kont emerytalnych czy uruchamianych właśnie pracowniczych planów kapitałowych niewiele zmienią. Bo żaden z nich nie gwarantuje dożywotnich wypłat. Piotr Lewandowski, prezes IBS i jeden z autorów raportu, mówi, że w najgorszym wariancie może dojść do sytuacji, w której ZUS będzie wypłacał mało, a łączne wydatki na system i tak się zwiększą. Stanie się tak, jeśli kolejne rządy będą utrzymywać obniżony wiek emerytalny. – Wymyślenie jakiejś kombinacji alternatywnych działań, które są w stanie uratować nasze emerytury przy niskim wieku emerytalnym, będzie bardzo trudne – uważa. Według niego kluczowe będzie wydłużanie aktywności zawodowej. I żeby robić to skutecznie, trzeba pochylić się nad przynajmniej trzema problemami. – Pierwszy to sprawa medycyny pracy. Bo część osób pracujących fizycznie rzeczywiście może być zmęczona i wypalona po kilkudziesięciu latach pracy. Dlatego ważne jest, by szczególnie dbać o ich zdrowie w wieku 40–50 lat. Były na to różne pomysły, np. by finansować to z funduszu socjalnego, z którego dziś pracownicy mogą dostać dofinansowanie do wczasów pod gruszą – mówi Piotr Lewandowski.

Kolejna sprawa to przerwy w okresach ubezpieczenia kobiet. Rozwiązaniem może być uwzględnienie w okresach składkowych przerw związanych z wychowaniem dzieci. Bezpłatne urlopy wychowawcze powinny skłaniać kobiety do powrotu do pracy – co w efekcie mogłoby się przekładać na większe wpływy ze składek do ZUS. Obecna polityka wspierania rodzin, zwłaszcza dodatki 500 plus, działa w przeciwnym kierunku.

Inna kwestia to ubezpieczenie dla osób młodych, wchodzących dopiero na rynek pracy. W systemie zdefiniowanej składki duże znaczenie ma to, ile ich wpłaca się na początku kariery zawodowej. – Chodzi o procent składany, a pierwsze składki waloryzują się najdłużej. Dlatego istotny jest moment wchodzenia na rynek pracy i takie zabiegi, jak obniżenie wieku szkolnego, które ten moment przyspieszają, są dobre. Podwyższanie tego wieku działa odwrotnie – tłumaczy Lewandowski. Dodaje też, że istotne jest to, jak w ogóle młodzi wchodzą na rynek pracy. Ważne jest, by nie zachęcać ich do korzystania z nieoskładkowanych umów cywilnoprawnych czy podejmowania działalności gospodarczej ze względu na mały ZUS.

Prezes IBS radzi, by nie liczyć na imigrację. Zwiększenie napływu imigrantów do Polski może niwelować bieżące problemy związane z niedoborem pracowników. Ale z punktu widzenia systemu emerytalnego niewiele załatwi. – Imigranci nie są w stanie wygenerować tak dużych wpływów ze składek, żeby zapewnić wzrost świadczeń, bo odsetek starszych osób w populacji rośnie zbyt mocno. A poza tym składka emerytalna to nie podatek. To, że teraz imigranci je płacą, oznacza zaciągnięcie zobowiązania przez państwo wobec nich na przyszłość – mówi Piotr Lewandowski. I przypomina, że choć zatrudnianie cudzoziemców dziś może zasypywać część dziury w ZUS, to w przyszłości będzie stanowić obciążenie, bo im również trzeba będzie wypłacać emerytury.